I tak, kiedyś tam wcześniej pisałem o "Marsie" Kosika. Że w sumie dość to było ciekawe i mimo rozbudowania się wątku technologicznego, strawne. Rzecz jasna opisałem w liście chyba same wytyki, tj. to, co mi się nie za bardzo podobało, ale ja tak mam zawsze. Być może ktoś też czytał i ma podobne odczucia, albo może inne i tu byłoby ciekawie, gdyby napisał. W "Marsie" sam Mars i jego kolonizacja była właściwie szczytem ludzkich możliwości. Nie latano tam do innych galaktyk, nie strzelano laserami do kosmitów. Po prostu ludzie z wielkim wysiłkiem skolonizowali Marsa. Ale kolonizacja ta była dość chytra i w cale nie szło o poszerzanie ludzkiego poznania. Tkwiła w tym intryga, spisek, zaś ludzie na Marsie byli swego rodzaju, jak by to rzec, marionetkami. I na tym Marsie ludziom wydawało się żyć dobrze, a w istocie żyło im się źle, niektórzy mieli pranie mózgu, inni egzekucje. Tak więc relacja Ziemia - Mars była dość specyficzna. No i końcówka książki również byłą dość specyficzna: wyjaśniając zagadki z całej książki wyszło na to, że o losie ludzkości decyduje jakaś garstka jednostek, a decyduje w sposób przebiegły, cyniczny, bardzo przyziemny i całkowicie chujowy. Dlaczego do tego wracam? A no dla tego, że odkryłem "Syreny z Tytana" Kurta Vonneguta, rzecz opublikowaną po raz pierwszy bodajże w 1959 roku. Tam też jest Ziemia jako centralne siedlisko ludzkości, jest i Mars, jako siedlisko dodatkowe, przy czym mieszkańcy Marsa są mieszkańcami Marsa ze względu na intrygę, chytry spisek, są tam dla celu, jaki dla nich samych nic dobrego nie przewiduje, celu z góry ustalonego przez bardzo nieliczne jednostki. Jest tam też ostre pranie mózgu, także na Marsie. Oczywiście, w latach 50-60 pisarz posługiwał się w tym celu takimi środkami, jak neurochirurgia i psychiatria, niemniej jednak liczy się efekt. I końcówka książki, która wiele wyjaśnia, także prowadzi do ujawnienia takiego jakiegoś spisku, układu sił decyzyjnych, jaki jest chujowy. I co Wy na to powiecie? Cała, kurwa, konstrukcja Kosika, to właśnie owa klasyczna pozycja! Ale na takim ogólnym szablonie na szczęście się kończy.
Obaj autorzy używają go w nieco inny sposób. Książka Kosika, to raczej twarde s-f. Książka Vonneguta raczej korzysta z pewnych środków ekspresji s-f aby wyrazić coś bardziej realistycznego. Zresztą, cóż to za s-f? Vonnegut pisze o najzwyklejszej ludzkości, współczesnej, pełnej cech i potrzeb sobie właściwych (i chyba właśnie o tym tak na prawdę pisze). A pisze przy tym w wyrazistym amerykańskim stylu. Mnie ten styl już nieco męczy, przyznam się. Te dziwaczne metafory, abstrakcyjne porównania, psychopatyczne życiorysy itd. Tak, ta książka jest bardzo amerykańska. Myślę, że amerykańskość jest tutaj czymś, co się od razu rzuca w oczy. Tak nikt, nigdzie i jak dotąd nigdy nie pisał. Jak wspominałem, książka Vonneguta jest dość realistyczna, jak na typowe, współczesne s-f. Co ciekawe, odnoszę wrażenie, że środki właściwe dla s-f, z jakich korzysta, nie czynią tej książki mniej realistyczną, niż inne środki - już bardziej artystyczne, mające w sobie coś z konwencji groteski i absurdu, jakimi raczy amerykańskie społeczeństwo (mam wrażenie, że to właśnie o nim jest ta książka, a s-f to tam tylko zasłona dymna), i to właśnie takie amerykańskiej groteski i absurdu. O ile Kosik w "Marsie" generuje jeden knocept na drugim, które z powodzeniem starczyłyby na wiele książek s-f, takich wątków u Vonneguta jest bardzo nie wiele. Ale za to jak się już pojawią, to jakościowo są one miażdżące. A przynajmniej dwa spośród nich - po prostu wypierdalają, mówiąc po wandejsku. Jeden z nich jest podany krótko na tylnej okładce książki, więc go spokojnie pominę. Przytoczenie tego drugiego nie wpłynie zaś w żaden sposób na ewentualną zabawę przy lekturze. Przyznam się, że to jeden z najbardziej urokliwych motywów, jakie dotychczas spotkałem w literaturze s-f. Jest kurewsko prosty i bazuje na po prostu na zajebistości pewnej standardowej idei fizyki kwantowej. Jak powszechnie wiadomo, rzeczywistość ma naturę korpuskularną, bo mówimy o atomach i cząsteczkach, mówimy o fotonach, ale i zarazem falową, bowiem fotony, kwarki, protony itd. są też opisywane jako fala. Dlaczego falowość materii nie pojawia się tak często w motywach s-f? Najwyraźniej autorzy s-f kiepsko znają podstawy fizyki. A ów fajny motyw jest taki, że jeden z bohaterów książki wraz ze swoim psem, przestaje być bytem korpuskularnym o określonym miejscu i pędzie w czasoprzestrzeni, a staje się zjawiskiem falowym. Dokładniej, koncept polega na tym, że pewien człowiek staje się zjawiskiem falowym materializującym się co jakiś czas w pewnych miejscach zaś mechanizm całego tego działania nie jest oparty na jakimś magicznym silniku fantasy, lecz na dość prostych zależnościach przyczynowo-skutkowych, przez co można powiedzieć, iż los takiego nieszczęśnika jest niezwykle zdeterminowany, smutny i tragiczny (a że ów człowiek się nie daje i knuje intrygi przez całą powieść, to już inna sprawa, zależna od absurdalności tej powieści). Mechanizm tego dziwactwa jest prosty. W układzie słonecznym ciała niebieskie nie są stacjonarne, lecz pozostają w ruchu, jaki wykonują po pewnych orbitach. Orbity tych ciał przecinają pewną tajemniczą strukturę - strukturę w sensie czegoś, co ma określone miejsce w czasoprzestrzeni - będącą raczej zjawiskiem kwantowym, niźli ciałem niebieskim. Ów nieszczęsny bohater jest po prostu milionerem mającym własny wahadłowiec, którym wraz ze swoim psem wleciał w owo zjawisko. Odtąd za każdym razem, kiedy jakieś ciało niebieskie przecina w swym ruchu owo kwantowe zjawisko, człowiek ów i jego pies na tym ciele niebieskim się materializują. No dobra, mniejsza o szczegóły. Mnie się to kurewsko podoba. Wręczyłbym jakąś nagrodę za ten właśnie pomysł autorowi, gdybym jakieś nagrody wręczał. Zmierzając ku końcowi napiszę jeszcze o jednym temacie książki. Otóż nie jest to wyłącznie książka z motywami s-f, czy książka opisująca groteskowo, absurdalnie, złośliwie itd., pewne aspekty społeczeństwa amerykańskiego widziane oczami autora. Jest to, wg. mnie, także książka o tym, że ludzie i ich zachowanie jest w jakiś sposób zdeterminowane. Ale, zapytacie, cóż może decydować o losach ludzkości? Bóg? Prawa nauki? Otóż Vonnegut wymyślił coś jeszcze. Zupełnie inny sposób zdeterminowania losów homo sapiens, motyw już mocno s-f, ale pozostawiający też pewne kwestie niejako otwarte na głębsze analizy. Ten właśnie motyw determinizmu jest tym drugim fajnym motywem, dla którego być może warto się z tą pozycją zapoznać, o ile się jej jeszcze nie poznało
Poza tym kolejną klasyką, jaką dorwałem, to "Nowy wspaniały świat"
Aldousa Huxleya oraz "Piknik na skraju drogi" braci Strugackich.
Huxleya właściwie nie znam, to mój szerszy kontakt, zaś co do tych
dwóch Rosjan, to dotychczasowe próby zapoznania się z kilkoma innymi
pozycjami zakończyły się niepomyślnie. "Piknik", choć owiany
legendami, mocno mnie rozczarował. Nie wiem czego się spodziewałem,
ale styl i rozwinięcie pomysłu było dla mnie daleko niedostateczne.
Niemniej jednak co do pomysłu - jest on dość lemowski, i teraz wydaje
mi się, że rozumiem, co miano na myśli kiedy czytam o pewnym
podobieństwie między Strugackimi a Lemem. Podobieństwo dotyczy,
przynajmniej w tej książce, idei kontaktu z kosmitami. Otóż, kosmitów
w książce nie ma, oni byli i sobie poszli i nikt nic z tego nie
rozumie. Wedle jednej koncepcji, jakie pojawiają się w książce i w
dodatku w sposób znany mi już z Lema, jako ciąg baaaardzo luźnych
hipotez ujawnianych przez bezradnego uczonego, kosmici przylecieli na
Ziemię, urządzili sobie piknik na skraju swej kosmicznej podróży
(tytuł książki) i polecieli sobie dalej, zostawiając po sobie stertę
śmieci, w stosunku do których człowiek jest niczym owad wysilający
swoje poznanie względem śmieci pozostawionych na łące po ordynarnym
pikniku nastolatków. Jak ktoś tej pozycji nie zna, to spieszę
powiedzieć, że to właśnie w tej książce, wydanej poraz pierwszy w
latach 70., angielskie słowo "stalker" nabrało swego nowego znaczenia,
które większość z nas zapewne najlepiej kojarzy z szabrownikami
Prypecia i samej elektrowni w Prypeciu po tzw. katastrofie
czarnobylskiej, a które to słowo ostatnio odświeżyły gry komputerowe
oraz książka Glukhovskyego**, innego Rosjanina. A jakże! Wychodzi na
to, że "stalker" to po prostu termin nierozerwalnie związany z
rosyjską literaturą, i który przesiąkł w Rosji do języka potocznego
właśnie w swym literackim znaczeniu.
Pisanie o Huxleyu sobie daruję, może innym razem. O kurwa, ale tekstu wyszło. Założę się, że nikt nie przeczyta! I dobrze, bo niby po chuj?
-- Towarzysz Struszyński, gg: 12777250 *) Ostatecznie postapokalipsą Struszyński też nie pogardzi, ale to inna sprawa. Tutaj rzecz jasna wypada wspomnieć o "Metrze..." Glukhovskiego, na co się Struszyński skusił po wcześniejszym upewnieniu się, że jakaś głupia gra komputerowa reklamowana wraz z książką w rzeczywistości powstała długo po samej książce i tylko Polska jest zacofana w przekładzie tej pozycji. Struszyńskiego poraziło w tym dziele właściwie tylko trzy rzeczy: zbyt bezsensownyReceived on Mon 23 Aug 2010 - 12:17:51 CEST
świat mutantów, zbyt nierealistyczny jak na pozostałą konwencję
książki (kto to widział, aby w kilkanaście lat po dość nieznacznym skażeniu radioaktywnym, jakie mogą wywołać bomby atomowe, mogły pojawić się nowe gatunki istot rodem z fantasy - zapewne to skojarzenie tak mi tę książkę psuje), mało atrakcyjne zakończenie, jak dla mnie osobiście, w dodatku powiązane z mutancim wątkiem (zapewne po raz kolejny niechęć do środków ekspresji fantasy się tu odzywa), oraz początkowy brak jasności co do samej konwencji tej książki. Właściwie to wątek mutanci mógłbym właściwie sobie darować, jako taki mały niesmaczek, w dodatku (na szczęście) ostrożnie w książce dawkowany. Zakończenie jak to zakończenie, cóż: książkę jakoś zakończyć trzeba. Autor sam wpędził się w pewne sytuacje, jakie domagały się rozwiązania. A że akurat tak, a nie inaczej, cóż. Wiem teraz, że miał z tym problem, bo zakończenie książki parokrotnie się zmieniało. Kto nie wie, to teraz się dowie, że książka początkowo była opublikowana online i zakończenie jej było diametralnie inne i właśnie, że kończyła się tak a nie inaczej, nikt jej nie chciał formalnie wydać :-) No więc zakończenie też mógłbym sobie darować. A co do początkowej nieporadności w wyborze konwencji: mam tu na myśli sam klimat historii, w sensie słabego konfliktu między światem magii i czarów a
światem realizmu. Oczywiście konotacje z Harrym Potterem są wyłącznie
złośliwością z mojej strony, ale można to też zrozumieć: gość zabierał się do pisania tej książki latami i zaczynał pierwsze szkice jeszcze w trakcie szkoły średniej! Poza tym niespójną konwencję można też wyjaśniać inaczej. Oto z początku bohater dopiero zaczyna poruszać się po metrze i naturalnie musi czuć się nieswojo w mrocznych tunelach. To rodzi konieczność wzmianki o jakimś takim bliżej nie określonym lęku przed bliżej nie określonym strachem w ciemności, który to lęk zapewne jest znany każdemu z nas z dzieciństwa. Np. lęk pięciolatka przed pobytem samotnie w ciemnej piwnicy. Coś takiego - ten właśnie aspekt autor przerysował i prawie że wpadł w konwencję fantasy. Nie wątpliwie jednak opis tego bliżej nie dającego się zwerbalizować lęku jest dość interesujący i tego nie zaprzeczę! Oczywiście, im dłużej bohater buszuje po metrze, tym bardziej się z nim oswaja, tym bardziej dojrzewa i zamiast naiwnych, niedojrzałych lęków przed ciemnością, podsycanych mrocznymi opowieściami od tego, czy owego, kształtuje się strach - całkowicie racjonalny - przed ludźmi, jacy to metro zamieszkują. A w książce ludzie ci to w dużej mierze dziwacy i fanatycy, od pospolitych bandytów-mafiozów, po satanistów obcinających głowy toporami, faszystów wieszających za niewłaściwy wygląd, po komunistów, gotowych rozstrzelać w imię rewolucji i pod pretekstem irracjonalnego podejrzenia o czyny zagrażające rewolucji. Ale to już moje, zracjonalizowane wyjaśnienie, czy tak w istocie zamierzał autor, tego już nie wiem. Tak czy inaczej, mimo tych wytyków, jakie tutaj czynię, rzecz powinna przypaść do gustu tym, co to fantastykę lubią, a jeszcze nie czytali. Wspomniałem o komunistach: wierzcie mi, że w tej książce jest coś, taki mały wąteczek, jaki spokojnie można przyjąć, iż odpowiada on wizji małej, bardzo nielicznej gromadki wandejczyków :) Nie będę zdradzał szczegółów, jeżeli ktoś czytał, to rozpoznając poniższy cytat zapewnie się domyśli, o jaki fragment książki mi chodzi. A cytat ten z innej strony jest ciekawy - przy czym nie jest reprezentatywny dla typowego humoru panującego w książce, stanowi raczej wyjątek, ale jakże uroczy! Tekst, który jest tutaj taki zabawny, pojawia się całkowicie z dupy w trakcie poważnej - uwierzcie na słowo - poważnej, ideologicznej dyskusji, w jakiej lider poucza mieszkańców metra o jedynych słusznych wartościach. A oto ów cytat: "A powiedzcie towarzyszu komisarzu, co marksizm-leninizm mówi o bezgłowych mutantach? Mnie to już od dawna niepokoi. Chciałbym być mocny ideologicznie, ale w tej kwestii ciągle mam lukę" **) Zob. poprzedni przypis. Chodzi tutaj o tę samą książkę.
This archive was generated by hypermail 2.4.0 : Wed 08 Jan 2020 - 17:31:29 CET