W pewnej małej wiosce, gdzieś w okolicach Winnicy, dzień właśnie
chylił się ku końcowi. Słońce zabarwione już krwistą, rewolucyjną
czerwienią, nieubłaganie zbliżało się do horyzontu, ostatnimy
promieniami rozświetlając piękny, wiejski krajobraz. Lekki wietrzyk
delikatnie niczym kochanek smagał złociste, dojrzewające kłosy
pszenicy ciągnące się aż po sam czerwony horyzont. Był to przepiękny
obraz wandejskiej, sielankowej wsi. Przywodzący na myśli naszą,
Wandejską flagę i godło. Nie uświadczysz takich widoków siedząc
zamknięty w miejskich murach. W szarych, wielkich aglomeracjach,
budowanych chyba na wzór monarchofaszystowskich siedlisk. Prawdziwy
Wandystan był właśnie tu, na prowincji. Ci wszyscy pseudo towarzysze z
samej góry daleko odeszli od Ducha Wandy. Może jeszcze kilku lewych
było, ale to jakieś niedobitki. Czy to przywileje tak ich zepsuły? Czy
może to przez konieczność nieustannego stykania się z
monarchofaszystowskim pomiotem. Wiatrakow rozmyślał o tym wszystkim,
stawiając sobie wiele niezwykle ważnych i goszczących w głowach
licznych, współczesnych wandów pytań, przyglądając się swojemu
potężnemu strumieniowi moczu, połyskującego w ostatnich czerwonych
promieniach słońca, zraszającego ściankę stodoły. I gdy wreszcie
więcej już nic z siebie nie mógł wydobyć, strząsając ostatnie krople
zakrzyknął - Dosyć! Dłużej tak być nie będzie. Trza by coś
przedsięwziąć by zmienić to całe łajno. A że tego dnia, jak każdego
pierwszego miesiąca, cała wioska zbierała się przy wielkim ognisku
pijąc, rozmawiając i bawiąc się, spiesznie oddalił się od miejsca
swoich rozważań, zmierzając ku centrum wioski. Przy ognisku zaś, jak
dobrze Wiatrakow wiedział, siedział sam Geremkosz, najstarszy
mieszkaniec wsi i jak powszechnie uważano wielki mędrzec. Udał się
zatem Wiatrakom wprost do niego, biorąc tylko z pobliskiego stołu dwa
kieliszki, co by na rozluźnienie języka jeszcze kilka głębszych, z
jego wciąż prawie nietkniętej, chowanej na późniejsze godziny flaszki,
wypić. Uściskawszy sędziwego mędrca i wznióswszy tradycyjny, pierwszy
toast za wieczną rewolucję i chwałę Wandy zagadnął - Dziadunio... bo
ja mam taką sprawę... my tu wszyscy wiemy że ty nie w ciemię bity i
dużo wiesz i rozumujesz. I ja tak sobie rozmyślił że może mógłbyś
pomóc mnie w moim zgryzie... Sam dziadunio wie co się tera w kraju
wyprawia, słów ni warto nawet mówić, a ja o tak tu siedzę i już
wytrzymać nie lzie! Muszę coś zrobić, i ja wiem, jak Wande kocham,
wiem że jakowyś sposób być jest, żeby na to zaradzić, jeno jeszcze nie
wiem jaki... może, może jakowąś rade dziadunio by mnie dał? -
Geremkosz słuchał całego tego przydługiego wywody z rosnącą
ekscytacją, pomimo wielu już wypitych kielichów umysł mu się
rozjaśnił, wszystko przypomniało i wiedział że właśnie na to tyle
czasu czekał. Odstawiwszy swój kieliszek, z poważną miną począł
recytować: -
I nadejdą czasy smutku i klęski
I nie będzie wiedział nikt co ma czynić
Przyjdzie pomoc mająca posmak wiejski
Nie będzie jednak mogła was wyzwolić
Jej przybycie zwiastunem jeno będzie
Nadchodzącej wielkiej Kary i Pomsty
Gwiazdy uderzą, upadną twierdze
Lud nikczemny narzędziem będzie zemsty
Dzieła strasznego dokończy piach i pył
A Ty wiejski dziadzie znaku wypatruj
Dnia który złotem i krwią będzie się tlił
Posłańca na właściwe tory skieruj
- eee, co ty mnie tu jakimś rymowankiem czy czym walisz? Jeśli to ma
być rada, to już ja wole mojego kieliszka się radzić...
- To przepowiednia! Proroctwo!
I Wiatrakow poszedł do swoje chaty rozważając noc całą, czy ma sens jakikolwiek ta szaleńcza wyprawa, do jakiejś zapewne zmyślonej i nieżyjącej od dawna postaci. Iść przez cały kraj i być może na końcu swej drogi nic nie znaleźć, czy też porzucić myśli o zmianach i do końca życia przyglądając się patałachom z rządu na roli robić...
-- Palpatyn Zgonarcha Lepki Niech mocz będzie z wami!Received on Tue 17 Aug 2010 - 04:46:43 CEST
This archive was generated by hypermail 2.4.0 : Wed 08 Jan 2020 - 17:31:29 CET