Jak mówiłem niedawno, miałem udać się do księgarni i poszperać za
jakimś scifi. No więc się udałem tamże, poszperałem, coś znalazłem i
przeczytałem. Wpierw jednak słów parę naklikam tutaj o ogólnych
wrażeniach z wizyty w księgarni. Był to duży Empik i srogo się
zawiodłem, że na czterech wielgachnych regałach tej tematyki
(rozłącznie niby od reszty fantastyki) dominowały krajowe nazwiska.
Jak by tylko w kraju pisali, a nie wiele przekładali. Cóż. Z
przekładów zaś widziałem trzy wznowienia klasyk z lat 50., jednej
amerykańskiej, za to dwóch... radzieckich! Tak, tak, słynni bracia.
Jak kto zna scifi, albo chociaż komentarze doLemowskie, to zapewne już
wie o kogo chodzi. Obie rzeczy mocno polityczne (w sensie sprzeciwu
względem totalitaryzmu ZSRR i jej cudownej nauki). Dobra. Tyle słowem
ogólnego wrażenia z bytności w księgarni. Może te "wieści" kogoś
zainteresują, może nie.
Wybrałem m.in. niejakiego Rafała Kosika. Na wiki
(http://pl.wikipedia.org/wiki/Rafa%C5%82_Kosik) pisze, że gość założył
własne wydawnictwo, w jakim się sam wydaje. Kosików więc leżało w
księgarni trzech, oczywiście wydanych przez samego autora. Z
ogólnodostępnych opisów wszystkie rzeczy wydały mi się godne bliższego
zainteresowania, więc nie mając lepszego rozeznania, wszak autora nie
znałem dotychczas, sięgnąłem po pierwszą chronologicznie książkę,
którą jest "Mars" - aktualnie wydany po raz drugi, przez samego autora
(za pierwszym razem jednak wydawał to ktoś inny; mniejsza już o to).
Teraz pozwolę sobie przejść do konkretów. Najpierw będę narzekać.
Mars składa się z dwóch części. Skojarzyło mi się to nieco z Astronautami Lema, tam też były dwie, niejako oddzielne części. Pierwsza część książki ogólnie nie zrobiła na mnie dobrego wrażenia. To, co mi się od razu nie spodobało, to przeświadczenie zbytniego zamerykanizowania treści. Nie mogłem się bowiem oprzeć przeczuciu, że to, co czytam, stanowić by mogło wprost opis pojaranego polaczka, który udał się za chlebem do głupiej hameryki i w taki przewrotny sposób, że to niby ziemianin poleciał na Marsa, opisuje swe wrażenia. Nawet i nazwisko sobie zmienił, bo przecież chujowo być Kowalskim, a zajebiście Georgem Pennisem, Michaelem Dickiem, Hero Powerem. Takie miałem wrażenie właśnie, a rozwiać je było mi tym trudniej, że świat opisywany na kartkach wyglądał bardzo podobnie do naszego współczesnego świata. Z drobnymi, rzecz jasna - wszak to scifi - modyfikacjami.
Kiedy zacząłem czytać część drugą, znalazłem kolejny powód do zniesmaczenia pierwszą. Nie chcę zdradzać żadnych szczegółów, ale i tak się tego nie da pisząc o treści książki, więc ograniczę się do minimum i liczę na wyrozumiałość, jeżeli to, co napiszę okaże się nie całkiem jasne. Mianowicie, świat opisywany w drugiej części rożni się nieznacznie względem czasu rozgrywania akcji od pierwszej części, ale różnica między jednym a drugim światem zdała się być dla mnie ciut za duża. W obu światach odmienne są nie tylko technologie, ale i życie jako takie - i ta różnica nie tylko jest ilościowa, ale przede wszystkim jakościowa. W efekcie spadł mi po prostu komfort realizmu lektury. Zapaliła mi się lampka "sztuczność - - sztuczność - - sztuczność". Przyszło mi do głowy, że skoro autor "aż tak" opisał ten drugi świat, to czemu nie uczynił tego wcześniejszego bardziej mu bliskim? No nic.
Wspomniałem przed momentem o tym, że jest jakaś "rozwinięta" technologia - konsekwencją tego jest, że opis żywota ludzkiego co krok musi być konsekwentnie budowany z uwzględnieniem wszystkich realiów owej "technologii". Na tym polu również paliła mi się miejscami owa lampka, ponieważ pewne "technologiczne" rozwiązania wydawały mi się po prostu dość naiwne. To tak, jakby ktoś w XVII wieku opisał baśń futurystyczną, w której bohaterowie wynaleźli proch, pociski, broń palną, lunetę snajperską, lecz używają tej "technologii" wyłącznie do strącania jabłek z jabłoni, przestrzeliwując im ogonki. Refleksja ta była dla mnie tym bardziej jawnie dająca się zwerbalizować, jako że autor w treści porusza, jak by nie było, takie zagadnienia, jak zły i chytry polityk, tajne i brudne machloje i operacje, a nawet, zbrodnie i zło jako takie. No cóż.
Inna rzecz to część druga sama w sobie. Pierwsza była bardziej spójna, jak gdyby bardziej pewna i przemyślana. Druga część wg. mnie zawiera w sobie pewien chaos, niezdecydowanie, jakby pośpiech autora, mniejsze przemyślenie. Pozostał mi po niej pewien niedosyt. Pewne rzeczy są mniej zrozumiałe, dlaczego akurat przybierają taki obrót, a nie inny. Pojawiają się drobne niekonsekwencje. Rozwijając ten temat, nie będę pisał o wszystkich takich sprawach, jakie pchnęły mnie do wyrażenia takiego sądu, jaki wyraziłem. Napiszę tylko o czymś jednym. Cóż, o pewnej rzeczy już wspomniałem i tutaj ją teraz wykorzystam, bo ukryć się tego już nie da - mianowicie, autor w pewnym momencie chcąc nie chcąc wprowadza temat Zła. Ale nie do końca chyba może się zdecydować, czy ma to być jakieś jedno niepojmowalne Zło wiszące nad ludzkością, czy może po prostu suma zła tkwiąca w każdym człowieku z osobna, niejako w sposób naturalny i logiczny. Pewne elementy pojawiające się w różnych miejscach książki sugerują jedno rozwiązanie, pewne fragmenty tekstu w innym miejscu z kolei sugerują drugie rozwiązanie. Zresztą, autorzy nie zawsze pewne elementy wprowadzają do swoich książek w pełni świadomie, celowo. Mimo to zazwyczaj jakoś zagadnienie ciągną, a tutaj, odniosłem wrażenie, że nie jest ten temat aż tak jasny, jak być powinien. Ale dobra już, mniejsza o to.
Dość jojczenia. Teraz ogólnie: rzecz oczywiście nie jest jakimś porażającym swą wielkością dziełem sztuki, niemniej jednak - mimo tych wszystkich wad wytkniętych powyżej, i tych, jakie tu przemilczałem - wydaje się być pozycją, jaką z pewną satysfakcją odkładam po przeczytaniu na półkę. Chciałem zobaczyć, co to jest, zobaczyłem. Autor wrzucił mi do wyobraźni pewne interesujące koncepty, pewne interesujące połączenia tematów literackich (a nawet i gatunków literackich), jakie rozwiązują się w sposób interesujący, ale... i tu właśnie pozostaje niedosyt. Może inny, sprawniejszy technicznie autor, mający większe doświadczenie, wygodniejsze warunki bytowe, i kto wie co jeszcze, byłby w stanie tak napisać tę książkę, że byłaby zdecydowanie lepsza, to jednak jest ona taka, jaka jest i nic na to nie można poradzić.
Sądzę, że jak ktoś lubi scifi, to może i ucieszyłby się po jej lekturze. Jak już pisałem, nie jest to arcydzieło, zapewne nawet i arcydzieło w swoim gatunku, po lekturze można mieć mieszane uczucia i wytykać różne wady, to jednak mimo wszystko można być w jakiś sposób uszczęśliwionym, że miało się tę możność zapoznania się z książką, że dało się załadować do wyobraźni taki właśnie pakiet wrażeń. W każdym razie jestem teraz bardziej chętny na coś innego tego autora, nawet jeżeli miałby popełnić te same "wady".
Jeżeli ktoś z Was to czytał, bądź przeczyta, to jestem ciekaw, czy wrażenia krytyczne są podobne.
-- Towarzysz Struszyński, gg: 12777250Received on Wed 16 Dec 2009 - 10:30:44 CET
This archive was generated by hypermail 2.4.0 : Wed 08 Jan 2020 - 17:31:28 CET