> Poza terminami to mam zupełnie inne doświadczenia niż Wy
przecie to żart był :)
:) Zaznaczę,
> że mówię o bibliotekach lokalnych, dzielnicowo-osiedlowych,
a u mnie, choć są dotowane, to i tak apelują, aby im książki przynosić.
> W jakim sensie?
Nie wiem.
Ale chciałbym jeszcze powrócić do Resnicka, jeśli wolno. Cóż, opatrzność losu najwyraźniej czuwa, abym więcej złego o nim nie napisał w tym klubie - wpadł mi właśnie w ręce nowy, grudniowy, bodaj 50 zeszyt "science fiction fantasy i horror". A co w środku? A właśnie; otwieram gazetkę a tu mi Mike Resnick wyskakuje!
Nie, abym zmienił zdanie - o tej nieszczęsnej książce sądzę dalej, to co sądzę, tak jak napisałem, podobnie też jest z moim zdaniem o autorze. Jest to sprawny technicznie pisarz, potrafiący dzielnie, zwięźle, niby oszczędnie, a jednak nie tracąc przy tym niczego, stworzyć niezłą gawędę. Byle by miał o czym pisać.
Tym razem nie ma już qwazi sci-fi, jest zupełnie coś innego. Amerykanizm pozostaje, aż do bólu, sączy się z każdego słowa, przecinka, kropki, jednak jest ciut inny. Czy zamierzenie, czy też nie, ma bowiem szczyptę dystansu. Rzecz jest taka, że autor nie wymyśla zbyt wiele od siebie - bierze typowo zamerykanizowane symbole prywatnego detektywa, świętego mikołaja, gadającego kota, klimat gangsta z lat 30., i przepuszcza to przez maszynkę do alteracji, która odbija materiał w krzywym zwierciadle po czym na trwałe go deformuje zgodnie z tym lustrzanym odbiciem, tworząc z bajki groteskowe dziwadło. Różowe, plastikowe lakierki disco-polo przestają być różowymi, plastikowymi lakierkami disco-polo, choć zarazem nie przestają nimi być. Dziwne? Kto nie wierzy, niech sam sprawdzi. Można powiedzieć, że generalnie to nic takiego, że to zwykła techniczna wprawka: wziąć archetypową już, pewną postać fabularną, czy to kota w butach, czy to misia uszatka, czy to św. Mikołaja i wsadzić ją w groteskę w klimacie gangsta lat 30., albo dramat o pojebanych nastolatkach hiphopach z bronxu lat 90., albo w ogóle w średniowiecze. Jak kto umie pisać, może się bawić. A że Resnick umie pisać, to się bawi. Dodam jeszcze, że i też, w niewielkiej ilości, nie tylko przetwarza i udziwnia znane motywy, ale i dodaje coś własnego - dla akcji opowieści może i bez sensu - ale coś na tyle dziwacznego i tandetnego, że do całości ostatecznie jakoś tam pasuje. W efekcie, powstaje coś, czego Pilipiuk na pewno by zazdrościł. Aczkolwiek - Resnick nieco zmaścił zakończenie, jakie wyskoczyło właściwie z dupy, co jednak nie umniejsza niezłej w sumie lektury. Kto nie wierzy,l niech sam sprawdzi. Piszę to wyłącznie po to, aby ostudzić ten żar jaki wypalił we mnie bezlitośnie maszkaron, o jakim napisałem już uprzednio.
podobnie jak o technicznej umiejętności tworzenia sprawnej gawędy. Opowiadanie Resnicka jest niby tandetne, ale ze względu na niewątpliwą sprawność pisaniny, tandetność (w tym tandetność poszukiwania skradzionego św. Mikołajowi Renifera przez prywatnego detektywa) przeradza się w groteskowy, zabsurdalizowany bajkotwór, w którym różowe, plastikowe lakierki disco-polo przestają być różowymi, plastikowymi lakierkami disco-polo, mimo wszystko zachowując swoją powierzchowność, tendencyjność i wszystkie cechy tandetności, a więc - choć przestają nimi być - wciąż pozostają tymi różowymi, plastikowymi lakierkami disco-polo. Kto nie wierzy, niechaj sam sprawdzi.
-- Towarzysz Struszyński, gg: 12777250Received on Wed 09 Dec 2009 - 15:18:52 CET
This archive was generated by hypermail 2.4.0 : Wed 08 Jan 2020 - 17:31:28 CET