> Resnicka czytałem. Nie tego, ale czytałem.
Dodajmy, że Resnick to senior Resnick i o nim tu mowa, oraz junior Resnick samica, o której nie wiele mi wiadomo (mam na myśli twórczość grafomańską; ponoć baba też w pisze fantastykę)
> Facet sprawnie piszę
> space-operę (NIE twardą fantastykę naukową)
Towarzyszu, właśnie takie określenie byłoby bardziej na miejscu, niemniej jednak wynikałoby to wyłącznie z wiedzy o tym, co ów Resnick w ogóle pisze. A pisze, jak sam twierdzi, w kółko jedno i to samo, a więc historię jednego i tego samego świata, choć każdą swoją książkę lokuje w nieco innym czasie, tak, że całość jego bibliografii tworzą "dzieła" dokumentujące wydarzenia we wszechświecie od jakiegoś tam początku do jakiegoś tam końca. Sam "Bunt" to pierwsza część kilkutomowej serii, która chociaż ma się zamykać jako pewna całość, jest jednak ulokowana w tym Resnickowym świecie. Tutaj ktoś mógłby mieć skojarzenia z Tolkienem. Ale, niestety, drodzy towarzysze, ten Resnick senior to co najwyżej mógłby mistrzowi Tolkienowi tyłek podcierać i kartki zmieniać w maszynie do pisania, czy też podawać czyste zeszyty (nie pamiętam już, jak Tolkien pisał, w każdym razie jest już chyba jasne, co chcę przekazać). Nawet świat "Pana Samochodzika" jest już chyba stworzony w sposób bardziej sensowny. Wracając jednakże do "Buntu" - ta jedna książka nie do końca, w moim mniemaniu, mieści się w kategorii space-opera, nawet, jeżeli stanowi tylko maleński rozdzialik jakiejś większej operetki. Przypomina mi się Totall Recall, przy czym w tym wydaniu bardziej byłoby to na kształt Szklanej Pułapki, w której Willis nie chciał zagrać za chiny ludowe, więc zaangażowano do niej VanDamma, z tą jego totalnie nieaktorską i dziwaczną ekspresją mimiczną i talentem aktorskim. Każdy widział, a jak nie widział, to potrafi sobie wyobrazić tanią amerykańską produkcję filmową o ataku kosmitów na ziemian, gdzie kosmici to niezdarnie i wolno poruszające się gumowe marchewki. Czy można napisać taką książkę? Można - to właśnie Resnick senior. Przy czym...
> i miałkość jest jedną z jego
> zalet. Miałkość i rozmach. Mimo że kompletnie nierealistyczne (jak na
> warunki fantastyki), fajnie się czyta
Bo o dziwo, ten facet pisać potrafi. Szkoda tylko, że nie ma o czym.
>do odmóżdżenia, tyle.
Widzimy, czcigodny towarzyszu, ten temat podobnie, przy czym w tym jednym pozwolę się niezgodzić. Ta pozycja była tak niemiłosiernie beznadziejna, mimo wszystkich zalet stylu, sposobu i formy, w jakiej została napisana, że odmawiam jej nawet pozycji odmóżdżającej. Zrelaksować można się czytając onet, albo gawędy Pilipiuka, czy Pilcha. Przy tym zaś, co zdarzyło mi się nieszczęśliwie przeczytać, można jedynie się powiesić. Albo jeszcze gorzej, wesprzeć finansowo alkaidę, licząc, że talibowie uzbroją się w wyrzutnie rakiet dalekiego zasięgu z głowicami atomowymi. Ta książka wręcz zniechęca do USA. Pozostaje niesmak i zrozumienie dla Lema, który z taką niechęcią wypowiadał się o amerykańskiej fantastyce.
Niemniej jednak niebawem zakończę lekturę pewnej jednej pozycji i udam się do księgarni w poszukiwaniu jakiejś innej fantastyki naukowej. Zobaczymy, czy trafię gorzej, czy może lepiej?
-- Towarzysz Struszyński, gg: 12777250Received on Sun 06 Dec 2009 - 11:29:22 CET
This archive was generated by hypermail 2.4.0 : Wed 08 Jan 2020 - 17:31:28 CET