Odświeżam ten wątek. Tym razem jednak zamierzam popełnić pewnego rodzaju odstępstwo od typowego klubowego maila. Wydawało się, że pierwsze wiadomości w tym temacie, wiadomości słane niegdyś przez towarzysza Khanda, jakiś czas temu - całkiem nie odległy - odświeżone przez kontrowersyjnego towarzysza Kanzlera, zdawały się wyznaczać jasny i wyraźny cel pisania tego wątku, zaś jeśli nawet pojawiały się wiadomości pozornie odległe, a takie się pojawiały, wciąż jednak były one z tym celem zgodne. Mianowicie, zawsze pisano w klubie o tym, co warto przeczytać. Ja zaś zmierzam na prostej drodze w stronę zupełnie przeciwną.
Towarzysze, jak swego czasu dałem temu wyraz, cenie sobie akurat taką dziedzinę literatury, co to zwykle uchodzi za tandetę, czytadło niskiej jakości artystycznej, czy wręcz - nie wiem już co gorsze - młodzieżową papkę porównywalną rangą z telewizyjną rzeźną wenezuelskiej telenoweli. Mówię oczywiście o fantastyce, zaś w szczególności o tej jej odmianie, jaka rzuca bohaterów Treści w mniej lub bardziej określoną przyszłość, która choć jeszcze nie nastąpiła, z pewnością nastąpić nie będzie mogła. Tak więc w tym klubowym mailu nie tylko nie zamierzam niczego zachwalać, ani polecać, lecz nawet to, o czym pisać będę, nie będzie można zaliczyć do kanonu wartościowego słowa masowo drukowanego.
Ale przejdę już może do meritum. Otóż na pewnej liście bestsellerów, dostępnej w różnych księgarniach w dniach dzisiejszych, znajduje się pozycja, w cale nie w pierwszej trójce, ale jednak, rzeczy z zakresu twardej fantastyki naukowej. Autorem tej książki jest Mike Resnick, zaś tytułem jest "01 Starship: Bunt". Okładka, na ostatniej stronie, mieni się drobnymi banerkami ogromnej liczby patronów medialnych. Sam zaś autor opisywany jest jako pisarz w swej dziedzinie pierwsza klasa. Muszę przyznać, że dzieło to niewątpliwie jest sprawnie napisane. Zwięźła treść, oszczętnie dozująca opisy miejsc, postaci i dialogi, zamykająca się w krótkie rozdziałki, czyta się w sposób szybki, łatwy, technicznie - wręcz znakomity. Ale to, co się czyta, odbiega już niestety od warsztatowej biegłości autora i tłumacza, przyczyniając się niechlubnie do tego, że powyższej zarysowana charakterystyka fantastyki jest w pełni uzasadniona. Cóż to takiego jest w tej książce odpychającego? Odpowiadam zatem: płytkość, drodzy towarzysze, przerażająca i miażdżąca płytkość umysłu tegoż przesadnie owianego w legendą autora. Płytkość tak prymitywna, tak tandetna, że po lekturze pozostaje intelektualny niesmak, siłą swoją wymuszający na twarzy grymas obrzydzenia nad upośledzoną wyobraźnią Mikea Resnicka. Autor opisuje swoje dzieło kilkoma rodzajami komentarzy, w jakich powiela fragmenty powieści, usiłuje pewne rozwiązania uzasadnić, wyjaśnić szerzej, nadać im znaczenie uwikłane w historię, kulturę i symbolikę wykraczającą poza samą treść, w realność, ale właśnie te wysiłki tylko potwierdzają płaską pustkę i nicość, tragedię duchowego upośledzenia.
Jeżeli książkę tę można mi jakoś analizować, to wyłącznie chyba po przez pryzmat naszej polskiej nowej historii. Towarzysze rozumieją co chcę napisać - czasy stalinizmu i obraz jakiejkolwiek literatury, jaka wówczas powstawała. Napisać prościej? Proszę bardzo. Biedny autor chcący coś napisać musiał wychwalać Związek Radziecki, system komunistyczny, partię... nic więcej już pisać chyba nie muszę. Tutaj mamy do czynienia z czymś nieco podobnym. Oczywiście na piedestał programowo wprowadzone są zupełnie inne treści, a mianowicie amerykańscy prezydenci, amerykański światopogląd wyniesiony ze specyficznego systemu prawnego, etosu westernów i plastikowych, tandentnych bohaterów rozlicznych awanturniczych historii o jeszcze gorszych walorach, niż wenezuelska telenowela. Oto jest książka, w jakiej autor wychwala amerykanizm jako jedyny słuszny styl życia, ale nie dla tego, że tak nakazuje cenzura, lecz dla tego, że ów autor jest po prostu tak płytkim człowiekiem, dla któregoMacDonald, hipermarket i kablówka są najwyraźniej jedynym znanym światem, w jakim prawdą jest różowy, błyszczący plastyk reklam, nie zaś najszczersza rzeczywistość. Na świat przedstawiony w tej książce może i skusi się umysł amerykańskiego 10-latka, ale z pewnością nie ktoś, kto ceni sobie fantastykę, bez względu, czy będzie miał 10, 15, czy 50 lat.
Świat uwidoczniony w tej książce to dość naiwna tandeta. Już mniej naiwny był Star Trek i Gwiezdne Wojny. Oto świat, w jakim statek kosmiczny będący najgorszym rupieciem, zdezylowany i od stu lat nie unowocześniany, zostaje zapełniony personelem wątpliwej jakości, szujami, dezerterami, skazańcami, a mimo to wyposażony jest w moc łaatwego, w ciągu niecałej minuty, niszczenia całych, zaludnianych planet. Co ciekawe, tych planet nikt nie strzeże, żadna nawet pojedyncza satelita. Oczywiście, zdezylowany psychicznie personel nie omieszka sobie strzelić. Jeżeli, zacni towarzysze, absurdu naiwności czegoś takiego jeszcze dobrze nie pojęliście, to spróbujcie sobie przenieść takie proporcje w dzisiejsze, rzeczywiste realia. Wyobraźcie sobie, jak królestwo MacDonnalda, potęga polityczno-militarna, dysponuje liczną masą łodzi podwodnych, uzbrojonych w rakiety z głowicami nuklearnymi, które są oddane w ręce załogom - nie wszystkie, ale przynajmniej kilka procent - złożonym z niezdyscyplinowanych narkomanów, oficerów którzy raz słuchają rozkazów, raz je ignorują, a innym razem interpretują po swojemu, tudzież oficerów impulsywnych, mających zapędy samobójcze i rysy osoby ewidentnie zaburzonej psychicznie, jakiegoś takiego samotnego awanturnika-rewolwerowca. Do tego wyobraźmy sobie dalej, że nie istnieją żadne rakietowe systemy naziemne, mogące atakować wystrzelone z tych okrętów pociski. Czy taki stan rzeczy wydaje się być choć odrobinę godny lektury? Czy można w ogóle uwierzyć w to, że ludzkość, która niewątpliwie z ogromnym wysiłkiem wytwarza pojazd zdolny do przemierzania przestrzeni kosmicznej, niewątpliwie będący szczytem techniki, wymagającym niepojętnej precyzji wytwarzania jego budulców i działania zamontowanych na nim urządzeń, dysponując taką technologią pozwalającą niszczyć całe planety, będzie aż tak naiwna? Czy taki świat ma w ogóle szansę istnienia? Skoro kilku szaleńców potrafiłoby zniszczyć całe układy planetarne, zamieszkane czy niezamieszkane, choćby z chęci poszczelania sobie, dlaczego by więc nie zniszczyć planety-matki? Wyobrażacie sobie akcję Batmana, albo Jamesa Bonda w takich realiach? Już w Gwiezdnych Wojnach, aby zniszczyć jednym uderzeniem planetę, potrzeba było wpierw zniewolić cały wszechświat, ukraść z niego wszystkie możliwe zasoby finansowe i w ten sposób, trzymanymi pod strażą rękami uczonych-niewolników, zbudować prototyp takiej broni. A i dysponował nią właściwie jeden osobnik - sam tyran i despota, a nie np. tysiące podrzędnych oficerów armii klonów. Naiwność, płytkość i beznadziejny prymitywizm tej książki aż przesadnie podkreśla brak rozeznania autora w podstawach astronomii. Kryterium nawigacji po kosmosie są... znaki zodiaku! Tak, statki przenoszą się w określone konstelacje. Dziś lecimy, towarzysze, do Małego Psa, jutro do Wielkiej Niedźwiedzicy! A przecież zodiak to losowo wybrany ukłąd takich, a nie innych punkcików widocznych na niebie, z których jeden składnik Wielkiej Niedźwiedzicy znajduje się stosunkowo bliksko, inny - cholernie daleko. Ale i tak wszystkie składniki wszystkich gwiazdozbiorów są niczym najbliższe ziarenka piasku wokół kamyszka na plaży, będącej Galaktyką. Po prostu, naiwna tandeta. Towarzysze, szukać dobrego science fiction w tej masie, za przeproszeniem, gówna drukowanego, to zadanie chyba porównywalne do wysiłku astronauty, który by chciał, po wcześniejszym wyjściu z wachadłowca, samodzielnie powrócić na Ziemię w samym tylko skafandrze.
-- Towarzysz Struszyński, gg: 12777250Received on Sun 06 Dec 2009 - 05:54:52 CET
This archive was generated by hypermail 2.4.0 : Wed 08 Jan 2020 - 17:31:28 CET