Re: Wandystan: Dymisja

From: Stru <struszynski_usunto_at_gmail.com>
Date: Fri, 31 Jul 2009 15:52:14 +0200


Hej Ho!

W dniu 31 lipca 2009 11:08 użytkownik Marek <marofoh_usunto_at_o2.pl> napisał:

> "Mam prośbę jakby ktoś zadał Towarzyszowi Struszyńskiemu pytanie na
> LDMW , czy wykonałby polecenie które jest sprzeczne z jego własnym
> sumieniem, przekonaniami?
>
> I niech mu ktoś przekaże, że nie czuję się "ograniczony umysłowo".
>
> --
> Pozdrawiam
> Michał diuk Łaski"

Drogi reakcjonisto, obywatelu Łaski!
Czcigodni Towarzysze czerwonej rewolucji!

Oto otrzymałem przez posłańca pytanie, zadane mi przez aparatczyka dyktatury z jednego z tych złowrogich, agresywnych i imperialistycznych reżimów monarchofaszystowskich, jakimi nasze babki wciąż straszą nasze dzieci! Za nim jednak padnie odpowiedź, zacny reakcjonisto, nadawco pytania (wszak wiadomość tę otrzymasz tak, czy inaczej), czcigodni Towarzysze (czytający LDMW, gdzie ta wiadomość się ukaże), oraz wszyscy inni czytelnicy (którym ta wiadomość przewinie się przez łapska), musicie uzbroić się w cierpliwość. Wcześniej bowiem potrzeba objaśnić kilka kwestii, co wbrew pozorom jest bardzo potrzebne.

Najsamprzód o kontekście pytania. Nadawca, ważna persona odległego monarchofaszystowskiego reżimu, stwierdził, że otrzymał reprymendę od swego przełożonego, zakaz gadania bzdur na liście dyskusyjnej innego państwa, a ponieważ nie był w stanie zagwarantować wypełnienia tego polecenia - jak sam to wyraził - podał się do dymisji. Wydała mi się treść tego oświadczenia bardzo zabawną, zresztą nie tylko mnie. Na tej samej liście dyskusyjnej, jako odpowiedź, inny mieszkaniec monarchofaszystowskiego reżimu również ocenił ją jako zabawną. Zresztą, może to ocenić każdy z Was:
http://groups.google.pl/group/sarmacja/browse_thread/thread/d06416160783bc1b/91b5000f0c69dda4 . Śmiejąc się od ucha do ucha pozwoliłem sobie na dowcip na LDMW, w którym podałem dwie hipotezy tłumaczące wyżej opisane zachowanie obywatela reakcjonisty: ograniczone zdolności intelektualne i brak szacunku dla przełożonych. Niemniej jednak hipotezy te nie są takie ważne, jak to, że akurat pozwoliłem sobie na odrobinę szyderstwa z przyczyny dymisji, o której sam zdymisjonowany wspimina. Oczywiście, nie tylko ja się śmiałem, ale skoro to mnie zadano pytanie, to zmierzam powoli do odpowiedzi.

Towarzysze, pytanie brzmi: czy wykonałbym polecenie które jest sprzeczne z moim własnym
sumieniem, przekonaniami? Jak już wspomniałem, chodzi tutaj o poczynienie kpin z powodu niemocy zagwarantowania wypełnienia polecenia, będącego w sprzeczności z własnym sumieniem. Tak właśnie przedstawiłem problem dymisji w swym niezbyt górnolotnym dowcipie. Oto bowiem człowiek, któremu sumienie nakazuje gadać głupoty na obcej LD i mącić w stosunkach międzynarodowych, nie tyle co zostaje odsunięty przez przełożonego od sprawy, ile po prostu dostaje zakaz wypowiadania się. Przeformułowawszy problem i w zadanym pytaniu postawiwszy moją osobę w sytuacji sprzeczności między własnym sumieniem a poleceniem przełożonego, owy drogi reakcjonista sądzi zapewne, że problem ten jest straszny i zapewne nikt takiego polecenia by nie wykonał. Zakłądając więc, że będę zmuszony odpisać "drogi obywatelu Łaski, z przykrością jestem zmuszony poinformować Was, że na Waszym miejscu uczyniłbym to samo", zaciera pewnie ręce, że swym pytaniem poraził Wandejczyka niczym Zeus śmiertelnika piorunem.

Spójrzmy tedy na taką sytuację. Jest oto tokarz. Pracuje przy maszynie i toczy coś z metalu. Brygadzista klepie go po ramieniu i mówi, że źle toczy, popsuje materiał i lepiej, aby zajął się czymś innym. Tokarz myśli sobie wóczas "o cholera, sumienie mówi mi, że mam toczyć, sądzę, że wiem jak to się robi, robię to więc dobrze, a ten twierdzi, że źle i że mam nie toczyć". Czy ten tokarz może palnąć materiałem w brygadzistę i iść w cholerę? Zgodzicie się ze mną, że może. Nic złego się nie stanie, jeśli uzna, że nie mogąc zrealizować polecenia przełożonego, "poda się do dymisji". Weźmy pod uwagę inną sytuację. Oto stoi przed nami żołnierz. To może być szeregowy, starszy szeregowy, a nawet i plutonowy. Stoi dumnie, nogi równo, pierś wypięta, buty błyszczą. Wyobraźmy sobie, że podchodzi do niego sierżant i nakazuje marsz przez dzikie pole, w poprzek rzeki, gdzie znajduje się granica ojczyzny, jaką przekracza wróg. Żołnież pyta się tedy sierżanta: "a czy mam strzelać do wroga?". Na co sierżant: "tak, będziecie strzelać, aż nie ustąpią". Na to żołnierz: "Ale ja jestem pacyfista. To niezgodne z moim sumieniem. Iść mogę, ale nie zagwarantuję, że strzelać będę. W związku z tym rezygnuję". Towarzysze, i co powiecie teraz? Nawet jeśli przyjmiemy, że taki żołnierz pacyfista to nic, niechaj idzie w cholerę, może tokarzem dobrym się okaże, niczego jeszcze nie zmienia.

Ale wejdzmy o kilka szczebli wyżej. Nie zajmujmy się szeregowymi, tokarzami, taksówkarzami, hydraulikami. Pomyślmy o pracy bardziej odpowiedzialnej i trudnej, o pracy na jakimś ważniejszym stanowisku. Czy jeżeli dziennikarz, kochający swoją pracę, piszący niekiedy dobre artykuły, dostanie reprymendę od przełożonego, że stracił obiektywizm przy jakimś temacie i lepiej niech pisze o czymś innym, to czy to dobrze będzie czy źle, jeśli ten dziennikarz rzuci pracę? Czy wóczas faktycznie jest on prawdziwym dziennikarzem, który lubi pisać o ciekawych sprawach? Raczej nie, zamiast przmilczeć "fanaberie" przełożonego, upić się, podrzeć papiery, czy inaczej odreagować, wzruszyć ramionami i robić dalej swoje, taki rzuca histerycznie wszystko i idzie np. pracować jako tokarz. O ile taka postawa u tokarza, hydraulika, czy szeregowego nie razi nas tak bardzo, to w tym przypadku coś już może nas zaniepokoić. A czy nie zaniepokoi nas taka sytuacja u lekarza? Wyobraźmy sobie, jak jakiś lekarz dyżurny, po ciężkiej nocy, kiedy jakiś pacjent mu na dodatek umarł, przyjmuje w ostatnich minutach dyżuru dwudziestego piątego pacjenta z rzędu. Dysponuje niekompletnymi danymi, usiłuje dowiedzieć się, jakie leki wcześniej chory zażywał, czy już był gdzieś w jakimś szpitalu, czy leczył się na nadciśnienie, o którym rodzina opowiada, skąd ma takie blizny na biodrze. Usiłuje zarazem dodzwonić się do innego szpitala, gdzie jest kardiologia, której to specjalności nie ma w jego szpitalu, aby umówić się na jaknajszybszą konsultację, bowiem chory ma historię omdleń, dyszy idąc po schodach i łapie się za serce. Wypełnia przy tym stertę papierów, jakieś wewnętrzne druki, formularze NFZ, zlecaja pierwsze, wstępne badania podstawowe pielęgniarkom, nie wie już jak się nazywa, gdzie mieszka. Z kardiologią nie może się połączyć, słyszy w słuchawce, jak tamtejsza pielęgniarka twierdzi, że nie wie, gdzie jest lekarz i aby jej głowy nie zawracał. Niespodziewanie szef, ordynator, zwraca się do niego: "Heniu, idź do administracji i przynieś mi te druki urlopowe, bo chciałem pojutrze polecieć z żoną na Jamajkę". I co, ma stwierdzić, że to nie jest zgodne z jego sumieniem, aby zostawić pacjenta w połowie badania, zostawić papiery w połowie wypełniania, nie umówiwszy potrzebnej konsultacji itd., lecieć i spełniać zachcianki szefa? Więc co, ma się z tego powoduy podać do dymisji? Czy ktoś z Was słyszał o czymś takim?

Weźmy inną sytuację. Oto mamy znowu żołnierza, tym razem jest to zawodowy, doświadczony wojmistrz, niech będzie nawet i podoficer. Jest rozruba, bunt, żołnierzy wysłano na znienawidzoną przez wszystkich prowincję. Ach, jakby każdy chciał zastrzelić mieszkających tam darmozjadów, zadymiarzy i złodziei! Ale nie. Misja jest "pokojowa", należy ustabilizować sytuację nie robiąc krzywdy rodakom. No więc idą żołnierze w szeregu, maszerują, mają hełmy, karabiny, obok jadą transportery z cięższym sprzętem. Nagle sypią się na nich kamienie, jakieś szkło, lecą na nich koktaile Mołotowa. Oficer coś krzyczy o formowaniu szyku i odwrocie za transportery. Z tłumu padają strzały do żołnierzy. Nasz bohater, podoficer, ucieka schylony od płonącego transportera, czuje ból pleców po kilku ciosach kamieni, słyszy strzały, kula gwizda mu koło ucha. I co, złamie rozkaz i będzie strzelał? Miał wyraźne polecenie: nie strzelać. W takiej sytuacji może przez radio powiedzieć do generała: " chuj ci w dupę, nie będę słuchał żadnych głupich poleceń, są niezgodne z moim sumieniem, ja tu chcę strzelać, a mi nie wolno". Słusznie zrobi, jeżeli rzuci hełm, karabin, wróci pociągiem do mamusi i powie jej na progu "podałem się do dymisji"?

A co tak na prawdę powinien zrobić urzędnik państwowy, drodzy Towarzysze, który jest na zagranicznej placówce i sądzi, że wie, jak i co ma robić, ale szef jednak go karci? Czy należy olać pracę dla ojczyzny, bowiem szef powiedział coś niemiłego? A może należy olać szefa, podać się do dymisji i dalej działać zgodnie ze swym sumieniem, chociaż szef twierdzi, że takie działania ojczyźnie szkodzą?

Towarzysze, drogi reakcjonisto. Oto zbliżamy się już do momentu, w jakim będę formułował swoją odpowiedź. Uważam, że są takie sytuacje, kiedy to wszystko jedno jest, co się z robi z pracą, czy się obrazić na szefa i wypiąć na innych, ale są też i takie sytuacje, kiedy trzeba zacisnąć zęby i przecierpieć to, co się nie podoba. Jakim dyplomatą, czy urzędnikiem jest ten, który w sytuacji rozbieżnej opinii zdań ze swoim przełożonym macha na wszystko ręką? Jakim jest podwładnym? Czy chętnie zatrudnicie takiego pracownika? Czy powierzycie mu jakieś szczególnie istotne zadanie? Drodzy czytelnicy, życie nie jest różowe, jak głosi monarchofaszystkowska propaganda, nie ma prawdziwych księciów, a ci, którzy są, z pewnością nie są z żadnej bajki. Pełniłem swego czasu pewne funkcje publiczne, byłem i w rządzie Mandragoratu Wandystanu, i w Radzie Polityki Zagranicznej. Byłem szefem partii politycznej, byłem kwiatonem (monarchofaszyści czytają: posłem/senatorem). Przez pewien czas pełniłem nawet funkcję wiceprezydenta Mandragoratu Wandystanu. Faktycznie, bywały sytuacje, kiedy stawałem w opozycji do wizji urzędu Mandragora, do pomysłów i projektów samego Mandragora. Były sytuacje, kiedy miałem odmienne zdanie, co mój przełożony, a więc sam Prezydent. Ale nigdy nie było sytuacji, kiedy by ten właśnie mój przełożony powiedział "Struszyński! Do kurwy nędzy! Ale spieroliliście tę sprawę! Won mi stąd! Zajmijcie się czymś innym!" (czcigodni Towarzysze pamiętają, że w tych czasach prezydentem był Towarzysz Perun, a później Towarzysz Magov - oni zwykli tak się właśnie zwracać do podwładnych! Szczególnie Towarzysz Perun.) - na co ja bym mu odpowiedział "Nie mogę szefie, uważam, że trzeba to spierdolić do końca i nie ważne, że jesteście moim przełożonym a ja tylko u was pracuję, nie ważne, że konstytucyjnie to wy odpowiadacie za te sprawy, a mój urząd i tak wam podlega, nie ważne, że możecie mieć rację a ja mogę się mylić". Inaczej mówiąc, jeżeli szef chciałby, abym zrobił coś inaczej, zrobiłbym to tak, jak sobie tego życzy, jeśli nie umiałbym go przekonać do swoich racji, ani przekonać innych, by wspólnie spróbować iść na kompromis. Nie dla tego, abym był pantoflarzem, lecz dla tego, że po cóż Wandejczykom urzędnik, który pracy utrzymać nie potrafi, który się co chwila obraża na szefa, który jest zbyt ambitny, aby realizować powierzone mu zadania. Mam jasno określone kompetencje, cele i metody - jako urzędnik - i chcąc je realizować, chcąc cokolwiek ościągnąć, niekiedy muszę się zgodzić z szefem, choć bym wiedział, że wydziwia, czy też że jego polecenie jest niezgodne z moim sumieniem. No, chyba że kazałby mi np. włamać się na strony Dreamlandu, zniszczyć wpis w bazie danych odnośnie jakiegoś mieszkańca, czy też zrobić coś bardzo nieetycznego, a na co przykład już mi do głowy nie przychodzi. No, ale przecież nie o takiej sytuacji toczy się ta dyskusja.

Tak więc, drogo Towarzyszu, daliście po prostu dupy. I to dwa razy. Drugi raz to zadanie pytania Wandejczykowi, w którym sugeruje się, że ten w ogóle słuchałby przełożonego! ;-) Otóż, drogi obywatelu Łaski, jako Wandejczyk, jeżeli bym się uparł, stwierdził, że racja stanu jest po mojej stronie, to bym zakrzyczał przełożonego i dopiął swego, chyba że bym go nieprzemógł i poległ jako bohater walki za własną rewolucję. Ale i w takim przypadku na pewno nie poddawał bym się histerycznej decyzji o samozdymisjonowaniu się. Niemniej jednak to już inna sprawa...

Co do uwag o charakterze personalnym - wszelkie przytyczki dotyczące stanów umysłowych i zdolności intelektualnych odnoszą się zawsze do wirtualnego reakcjonisty obywatela Łaskiego, nie zaś do rzeczywistej osoby, która siedzi za komputerem i wysyła maile podpisując się tym zabawnym, dziecinnym tytułem arystokratycznym. Nie wiem kim jesteście, jak się nazywacie i gdzie mieszkacie, nie znam Was i zapewne, gdybyśmy się kiedyś spotkali, to mielibyśmy lepsze rzeczy do robienia, niż opowiadanie, z jakiej to jesteśmy mikronacji i co o sobie tam popisaliśmy. Myślę, że jest to zdrowa i oczywista zasada, że opisując czyjeś cechy, czy wystawiając oceny, mamy na myśli avatary, sztuczny wizerunek "bohatera" "gry", w jaką wszyscy tutaj z takim zapałem ciupiemy. Mam nadzieję, żywię taką, że w tym reżimie monarchofaszystowskim jest choć cień luzu i dystansu i nikt nie myli zabawy w mikronacje z realnym życiem.

Myślę, że napisałem na tyle jasno, że moje stanowisko jest tutaj zrozumiałe. Gorąco pozdrawiam, przesyłam garść całusów, choć zapewne przez posłańca. Proszę więc doczytać wiadomość do końca i upomnieć się, aby Was czule pocałował.

Z wandejskim pozdrowieniem (z języczkiem)

-- 
Towarzysz Struszyński,
gg: 12777250
Received on Fri 31 Jul 2009 - 06:53:19 CEST

This archive was generated by hypermail 2.4.0 : Wed 08 Jan 2020 - 17:31:26 CET