Obszernie i pozytywnie na temat Deklaracji Programowej naszych federalistów-decentralistów wypowiadałem się przed chwilą. W tym miejscu dorzucam kilka uwag na temat tej części dokumentu, która traktuje o pożądanych stosunkach zewnętrznych naszego Królestwa. W moim odczuciu jest to passus zawierający rozwiązania najbardziej pikantne.
Czytamy tam mianowicie, że, zgodnie z duchem czasu, Autorzy opowiadają się zgodnie za „wszechstronnym rozwijaniem współpracy z Mandragoratem Wandystanu, kluczowym i strategicznym sojusznikiem Dreamlandu”.
I tu pełna zgoda.
Nie ma na mapie polskojęzycznych mikronacji tworu ciekawszego niż
Wandystan. Przed kilkoma miesiącami na liście dyskusyjnej Mandragoratu
za sprawą jednego z lokalnych prominentów pojawił się wątek ewentualnej
unii dreamlandzko – wandejskiej. Wobec nikłego zainteresowania pomysł
szybko upadł, ale był to czytelny dla nas sygnał, że w kraju Wandy jest
do ugrania wcale niemały kapitał. W czerwcu na czele Świeckiego Kościoła
Wandejskiego stanął nasz Alchien d’Archien i z marszu przybrał imię,
którego nie powstydzono by się w świecie powieści Kornela
Makuszyńskiego. Jeśli w najbliższych tygodniach dojdzie do reaktywacji
"Głosu Weblandu", o co zabiegam, kondycja Mandragoratu Wandystanu będzie
jednym z przedmiotów naszego żywego zainteresowania.
Twierdzić jednak, jak robią to autorzy Deklaracji, że łączą nas z Mandragoratem jakieś tajemnicze "więzy natury ideowej i politycznej", to już pewna przesada, co stwierdzam, wyznaję półprywatnie, jako wyborca sympatyzujący z lewicową agendą filozoficzną. Owszem, ludyczny Wandystan jest, jak tu i ówdzie czytamy, "krajem wolności i pluralizmu politycznego", ale, bądźmy szczerzy, któż nim, przynajmniej formalnie, nie jest? Jedna Leblandia informowała przed laty na swoich stronach, że będzie swym przeciwnikom prasować genitalia, ale to przecież sama radość czytać podobne nonsensy. Jeśli jednak choć na chwile potraktujmy poważnie pretensje niektórych Wandejczyków do miana spadkobierców niemożliwej do zdefiniowania z oczywistych względów tradycji marksistowskiej (obecnej przynajmniej w warstwie leksykalnej, na poziomie programowo prześmiewczego idiomu), ożenionej, jak chcieliby tego inni eks-Sarmaci, z nurtem libertariańskim, to nie wiem zupełnie, gdzie tu miejsce na dialog z neutralnym w każdym tego słowa znaczeniu i ideowo pustym jak wydmuszka Dreamlandem.
Jest oczywiście nasz osławiony ekorryzm (względnie: legalizm postarturiański), który mimo upływu lat wciąż ciepło opalizuje, generując na zewnątrz sympatyczną aurę zdyscyplinowanego państwa prawa, w którym nie używa się słowa "kutas". Gdzie indziej toczone są zaciekłe boje z neokidami. My ich zanudziliśmy.
Wiele jest powodów, dla których warto uznać, że Wandydstan to nasza liga. Nie są to jednak z pewnością owe więzy natury ideowej. Nie jest to również język naszych kolegów z Wandystanu – zabawny i przewrotny momentami, mało jednak uzasadniony w naszych warunkach.
Pisać o jakichś "imperialistycznych interesach klasy burżuazyjnej niektórych mikronacji", które to mikronacje mielibyśmy z tegoż powodu sekować, to popełniać grzech ciężki, najcięższy może, bo wymierzony w rozum. Jaka "klasa burżuazyjna", czyje "imperialistyczne interesy"”? Notabene: Przecież jeszcze wczoraj to my, Dreamlandczycy, społeczność eks-monarchofaszystowskiego obozu obszarników, gauczów i rentierów, reprezentowaliśmy, zdaniem naszych dzisiejszych sojuszników, owe imperialistyczne interesy. Już nie reprezentujemy? Ba, dla nas samych powyższa etykietka, zabawna i nieszkodliwa, była swego czasu narzędziem spontanicznej samoidentyfikacji. Towarzysz Keller obok obszarnika Kriega, jako dwa źródła naszej płynnej tożsamości, podają sobie spracowane dłonie.
W powyższym kontekście Deklaracja Programowa SF jawi się, przyznaję z niemałą konsternacją, jako komunikat skromnego lobby wandejskiego. Jutro, być może, usłyszymy zwolenników diuka Łaskiego i Piotra Abogarda. Tymczasem przeczytaliśmy kolejną wandcyklikę, owszem, zgrabnie zredagowaną i udrapowaną na doktrynę polityki zagranicznej, ale w swym ewangelizatorskim zapale nieco nazbyt nachalną. To dostatecznie dużo, by wołać o zmianę gabinetu, lecz o wiele za mało, by mówić o Reformie.
Na koniec wybór z krzepiącej mądrości apokryficznej Kościoła Wandejskiego:
"Róbta, co chceta, tylko pamiętajcie, że mąż z mężęm, niewiasta z
niewiastą, ojciec z synem, ni córka z matką mieć dzieci nie mogą." [I
Brv 1, 20]
"I pamiętajcie - myjcie rączki." [I Brv 1, 24]
Z komsomolskim pozdrowieniem,
Jacques de Brolle
-- Menhuerheketheb! Sekretar Lord Darth "Ruda Grażyna" KanzlerReceived on Sun 19 Jul 2009 - 15:15:06 CEST
"What are you doing in our street among the automobiles, horse?
How are your cousins, the centaur and the unicorn?"
This archive was generated by hypermail 2.4.0 : Wed 08 Jan 2020 - 17:31:26 CET