Konfederacja [było: beton]

From: Waldemaria Depa-Zboynitzki de Pierdzimączka <waldemaria_usunto_at_gmail.com>
Date: Mon, 07 Apr 2008 14:43:13 +0200


Witaj, tow. Struszynski! W swoim liście z 2008-04-07 11:29 piszesz:
>> 1. Wspólna (całkowicie lub w pewnym zakresie) polityka międzynarodowa.
>>
>
> Wątpię, aby powiodła się wspólna polityka zagraniczna.

Gdyby była całkowicie wspólna, wówczas - należałoby ja chyba uznać za utopię. Jeśli zaś dotyczyłaby wspólnego "koszyka" zagadnień, może miec sens.

>> 2. Wspólna waluta (?).
>>
>
> No co do tego nie mam żadnych obiekcji, jako że waluta jest rzeczą
> drugorzędną i przynajmniej częściowo zależy od systemu symulacji, choć
> w moim odczuciu mogłą by to być rzecz odrębna.
>

Myślę, że każde z państw skonfederowanych mogłoby mieć nawet równoległą własną walutę, a ta wspólna (nazwijmy ją engelsem transferowym) dotyczyłaby rozliczeń w handlu międzynarodowym itp. Choć na obecnym, wstępnym etapie rozważań, wybieglibyśmy zanadto do przodu, gdybyśmy chcieli wszystko szczegółowo ustalić. Nie upieram się przy żadnej z możliwych opcji - przedstawiłam listę zagadnień, które mi się nasunęły jako warte rozważenia, a nie własnych postulatów. Kto wie, być może nawet wspólna waluta nie jest potrzebna, a wystarczyłaby możliwość międzynarodowego transferu pieniędzy w obrębie związku.

>
>> 3. Wspólne obywatelstwo (zamiast możliwości posiadania podwójnego).\
>>
>
> Hm... mnie osobiście to nie przekonuje. Można procedury uprościć, ale
> przynajmniej symbolicznie byłoby dobrze, aby każde pańśtwo zachowywało
> swoją autonomię po przez własne obywatelstwo.

Oba obywatelstwa mogą (a nawet powinny!) współistnieć obok siebie. I na pewno nie na takiej zasadzie, żeby mieszkaniec kraju A wybierał władze lokalne w kraju B. Obywatelstwo konfederacji upoważniałoby do wpływu na władze centralne, ale wara od autonomicznej polityki wewnętrznej poszczególnych członków związku. Zresztą nie wyobrażam sobie sytuacji, w której obywatelstwo federacyjne całkowicie zlikwidowałoby obywatelstwa państw członkowskich - to mogłoby pociągnąć za sobą szereg bardzo niemiłych konsekwencji. Chociażby w przypadku wystąpienia któregoś z państw członkowskich ze związku.

> Ba, można zrobić coś
> takiego, że obywatel danego państwa posiada jednakowe prawa na
> terytorium pozostałych państw związku.

A jeśli prawa, to i obowiązki. Na czym więc polegałaby różnica między obywatelstwem konfederacji a obywatelstwem jednego z krajów członkowskich? Zaznaczam tutaj, że takie rozwiązanie wydaje mi się już zbyt daleko idące.

> Coś w stylu reala, albo
> wymyśleć coś jeszcze innego. Osobiście uważam, że bliższe i cieplejsze
> mi jest obywatelstwo Wandystanu, niż obywatelstwo jakiegokolwiek
> sojuszu, czy związku.
>
>
>> 4. Wspólna lista dyskusyjna.
>>
>
> No, to jest dobry pomysł. Przy czym w każdej mikronacji mogłaby
> istnieć jakaś lokalna, czy też miejscowa forma publicznej wymiany
> informacji. Przykładowo - gnomie forum, LDMW, zaś lista związku państw
> to co innego.

Niekoniecznie - tu się nie ma co upierać, wszak chodzi o to, by zwiększyć aktywność, a nie ją rozproszyć. Jak dla mnie - mogłaby to być lista wandejska.

> Chyba że wszystko rzucimy na LDMW albo gnomie forum.
>

Nie widzę przeciwwskazań.

>
>> 5. Wspólny, jednolity system urzędów centralnych, do których
>> sprawowania poszczególni członkowie związku mieliby równoprawny dostęp.
>>
>
> Wątpię, aby to się powiodło. Istotą osób stojących za danym państwem
> jest dążenie do autonomii.

Przykład Dreamandu pokazuje, że w imię wspólnoty interesów czasami warto poświęcić ułamek autonomii na rzecz korzyści, jakie płyną z działania wespół w zespół.

http://www.dreamland.l.pl/sk/sk/articles.php?id=453

Dreamland jest federacją. W przypadku konfederacji ten koszt byłby mniejszy. Pytanie tylko, czy potencjalnych członków konfederacji w istocie łączy taka wspólnota interesów, która by stanowiła wystarczającą motywację.

> Inaczej tych państw by nie było. Chyba że
> chodzi raczej o zapewnienie aktywności jednemu państwu, które nie
> radzi sobie z zarządzaniem. Inaczej trudno sobie wyobrazić, aby np.
> Morwańczyk decydował całkowicie o losach Gnomii i jej inicjatywach.
>

Oczywiście, że nie całkowicie. Zakres kompetencji urzędnika konfederacyjnego (konfederalnego?) - bez względu na jego narodowość - musi być precyzyjnie określony umową.

> Albo Gnom ustalał zasady języka morwańskiego.

Tę kompetencję można by w umowie konfederacyjnej powierzyć osobiście prof. Modrzewiowi :P

> Z drugiej strony ziwązek
> może opierać się na tworzeniu ciała skupiającego szefów danych państw
> - w ten sposób jedność władzy byłaby zachowana.

Tak, albo na zasadzie kolegialności, albo kadencyjnej rotacji.

> Z drugiej strony,
> obywatele jednego pańśtwa związkowego, przy pełnej tożsamości
> obywatelstw, mogliby wybierać władze w każdym innym państwie
> członkowskim. No nie wiem...
>

Dlatego właśnie NIE jestem za pełną tożsamością obywatelstw, ani za tym, by obywatelowi każdego państwa przyznawać z automatu jednakowe prawa na terytorium wszystkich pozostałych państw. Tego chaosu nie dałoby się ogarnąć :)

> Z jednej strony tak. Z drugiej - nie. Nie chciałbym zostać źle
> odebrany, ale odnoszę wrażenie, że WRM i WRE na gruncie
> międzymikronacyjnym nie posiadają wysokiej noty.

Jeśli macie na myśli, Towarzyszu, noty wystawiane nam przez reżimy monarchofaszystowskie, to ja osobiście na nie gwiżdżę, by nie wyrazić się dosadniej. Dla mnie o wiele więcej waży nota wystawiona nam przez Mandragorat i Morvan.

> Jeżeli zmienimy
> sytuację prawną, wszystko scalimy w jedno, nic się nie zmieni. Będzie
> jedynie większy chaos.
>
>

Tu się zgadzamy, i dlatego - jak zaznaczyłam na wstępie - optuję raczej za kofederacją państw, niż za państwem konfederacyjnym.

> Ale nie za bardzo rozumiem, Towarzyszko, co by miało znaczyć
> odciążenie. Czyżby lokalne struktury były zawalone pracą?

Chodzi mi na przykład o rozwinięcie idei wyrażonej w Art. 9. naszej umowy o państwach siostrzanych (http://prawo.scholandia.pl/?id=7): "Mandragorat Wandystanu oraz Wysokogórska Republika Elfidy w drodze porozumienia mogą tworzyć wspólne przedstawicielstwa dyplomatyczne w państwach trzecich". Ilu jest obywateli na tyle aktywnych, by móc RZETELNIE wypełniać funkcje dyplomatyczne, łącząc je z obowiązkami we własnych krajach? Na razie nie powołaliśmy nawet placówek dyplomatycznych pomiędzy siostrpaństwami, a co się stanie, gdy sieć naszych kontaktów międzynarodowych zacznie się rozrastać? W pewnym momencie siłą rzeczy napotkamy barierę kadrową albo będziemy zmuszeni pogodzić się z bylejakością sprawowania urzędów państwowych lub funkcjonowania placówek zagranicznych. Dlatego wspólne placówki dyplomatyczne byłyby jednym z punktów, jakie warto moim zdaniem zawrzeć w ewentualnej umowie konfederacyjnej. Kto wie, być może w przypadku stosunków w obrębie konfederacji - a może nawet już teraz, na gruncie siostrpaństw - lepszym rozwiązaniem niż powoływanie placówek dyplomatycznych, byłoby utrzymywanie kontaktów bezpośrednio przez odpowiednich komisarzy czy tam ministrów (czyli usankcjonowanie stanu faktycznego)?

>> Załóżmy na przykład, że dzisiaj Gnomia podpisuje
>> traktat o współpracy z Ikslandią czy Ygreklandem. Jeśli działa na własną
>> rękę, siostrzeństwo wandejsko-gnomie nie przechodzi automatycznie na
>> Ygrekland czy Ikslandię, zatem kraj ten pozostaje niejako poza wspólnym
>> obiegiem.
>>
>
> Czy tak jest w traktacie o pańśtwach siostrzanych? Jeżeli tak jest, to
> jest to bardzo duża autonomia. Ja myślałem, że traktat trzeba zawrzeć
> indywidualnie.

Jak najbardziej, trzeba :-) Napisałam "nie przechodzi automatycznie". Z naciskiem na "nie" :D

> Wyobraźmy sobie, że Morvan podpisuje traktat o
> współpracy ze Scholandią, Sarmacją i z Udzielnymi Zakonnikami. Co na
> to Gnomia? Czy z automatu stają się częścią siostrwspólnoty?

Otóż mnie chodzi o to, że w przypadku konfederacji decyzję o przyjęciu danego państwa do związku podejmowałoby odpowiednie ciało związkowe. I w momencie, gdyby w imieniu związku zdecydowało się przyjąć Scholandię albo Lebladnię, skutkowałoby to automatycznym włączeniem takiego państwa do całego systemu, a więc za jednym zamachem

>
> Argumenty te pasują również dobrze dla opcji niezależnych państw
> połączonych instytucją centalną tworzoną przez szefów tych państw i
> decydentów od polityki zagranicznej.
>

Co do tego między nami nie ma sporu! Toż właśnie tak to sobie wyobrażam - jako związek autonomicznych państw, posiadających jakieś wspólne instytucje, narzędzia do realizowania wspólnych interesów. Żeby nie było niedomówień, podkreślę raz jeszcze - nie staram się bynajmniej promować pomysłu, że należy wrzucić wszystkich do jednego wora i będzie cacy. Moim ideałem byłaby konfederacja państw, nie państwo konfederacyjne, ani (tym bardziej!) federacyjne. To w moim przekonaniu pozwoliłoby na uproszczenie wielu spraw (a uproszczenie = oszczędne gospodarowanie energią obywatelską), a nadto zwiększyłoby atrakcyjność zabawy w mikronacje po naszej stronie mocy!

> Wszystko zawsze warto wrzucić na kowadło LDMW, ale zapewne pozostanie
> to bez odzewu (chyba że by Towarzyszka napisała, że idzie się bawić do
> Sarmacji, albo że Sarmaci to czy tamto, albo, że Gnomia to Sarmacja
> inaczej).
>

Proponuję założyć wątek na temat postawy RCA w bieżących przepychankach koalicyjnych :D Pozdrawiam wszystkich wandejskich Sarmatów! ;-)

> Generalnie jestem zdania, że trzeba zachowywać swoją autonomię i
> oryginalność, jak też samodzielność - nie twózmy jednej
> autoinkorporującej machiny, ile raczej konfederację, a więc jedność w
> wielości, związek samorządnych podmiotów.

Tak jest! Może się gdzieś wyraziłam niejasno - bo czytając Wasz post, Towarzyszu, miałam wrażenie, że istnieje między nami poważna różnica zdań. Skoro jednak zgadzamy się w konkluzji, musiało dojść do szumu informacyjnego na łączach.

Czuj, czuj!

-- 
gen. Waldemaria Depa-Zboynitzki de Pierdzimączka,
Matka Narodu Gnomiego
http://gnomia.scholandia.pl
Received on Mon 07 Apr 2008 - 05:55:47 CEST

This archive was generated by hypermail 2.4.0 : Wed 08 Jan 2020 - 17:31:22 CET