"MAŁA REWOLUCJA" - Opowieść o tow. Zenonie "Wandzie" Przepżechowiczu
MOTTO
"Wszystko jest moralne, co prowadzi do zwycięstwa komunizmu"
W.I. Uljanow (Lenin)
To był zwykły, słoneczny dzień. W majątku baronów Wieńsko ludzie podlegli jaśniepaństwu harowali w pocie czoła wiele godzin dziennie niezależnie od pogody, aby zaspokoić potrzeby swojego zwierzchnictwa, które żyło leniwie i zbytkownie.
W tym oto czasie pałacowe toalety szorował młody, ubrany w łatane bądź zupełnie podarte szmaty, mężczyzna. Nazywał się on Zenon Przepżechowicz, znany też, szczególnie później, pod pseudonimem "Wanda". Podczas swojej pracy myślał o przypadkowo odebranym kilka dni temu podczas snu barona telefonie. Lenin... Tak, sam Lenin wtedy dzwonił. Wyznaczył on Zenonowi bardzo ważne zadanie, z którego ten sobie zdawał doskonale sprawę. Sam bowiem osiągnął podczas tamtej rozmowy stan świadomości klasowej, a teraz miał w tym pomóc innym podległym jaśniepaństwu.
Usłyszał jakieś bicie i potworny krzyk na korytarzu. Do tego dołożyły się jeszcze jakiś szyderczy śmiech, kopanie i odgłosy plucia krwią. "Znowu ktoś podpadł baronowi. Lepiej nie będę się stąd wychylał, bo i mnie jeszcze taki sam los spotka" - pomyślał - "Ale to >>jaśniedraństwo<< (jak w myślach nazywał arystokratów) jeszcze nam za to zapłaci."
Kilka godzin później towarzysz Wanda spojrzał na zegarek, który kiedyś dostał za wzorowe umycie okien w pałacu. Dochodziła godzina dwudziesta pierwsza. "Kolacja" - pomyślał - "Nareszcie". Wszyscy bowiem oczekiwali wieczornego posiłku, jako że wtedy dostawali godzinę czasu wolnego przed sne, a poza tym byli wówczas gorzej pilnowani przez strażników niż zwykle, wobec czego mogli swobodniej rozmawiać.
Tego wieczoru dostali to, co zwykle - papkę w puszce. Jedli ją palcami, jako że nie dawano im łyżek. Zenon przysiadł się do kilku swoich kolegów. Mieli oni doń zaufanie, więc kontynuowali przy nim rozmowę (aczkolwiek szeptem):
- Podkop to zły pomysł. Może by tak zgłosić się do wyjazdu na targ miejski albo do portu, a potem czmychnąć? - powiedział blondyn do siedzącego obok chudzielca.
- Coś ty! Wiesz, jak tam surowo pilnują? Nie ma szans ucieczki.
- Więc co proponujesz?
- No nie wiem.
- Po co uciekać? - wtrącił tow. Wanda - Powinniśmy raczej dokonać przewrotu i opanować pałac.
- Moglibyśmy przy okazji się wzbogacić! - poparł go blondyn.
- Ale przecież strażników jest wielu... I w dodatku mają broń palną! Wystrzelają nas jak kaczki! Poza tym nawet jakbyśmy przeżyli, ale akcja poniosła fiasko, to skazano by nas na śmierć!
- I tak prędzej czy później umrzemy z wycieńczenia! Wolisz więc zginąć w walce bądź być rozsztrzelany po nieudanym powstaniu czy paść od tej wyniszczającej pracy? - odpowiedział tow. Wanda - Zresztą w kupie siła! Jak się należycie zmobilizujemy, to wygramy!
- Pomyśl - czy rzeczywiście mamy cokolwiek do stracenia? - poparł go znów blondyn.
- No fakt - przyznał im rację chudzielec.
Zaczęto agitację wsród pozostałych podwładnych baronów. Początkowo nie dawała ona większych rezultatów, lecz Zenon i jego koledzy nie załamywali się. I tak na przykład blondyn Krzychu, pracujący w kuźni (zbytkowni baronowie bowiem chcieli mieć jak największą kolekcję szabel, a poza tym w stajni było wiele koni, które potrzebowały podków) skrycie wytwarzał nadmiar szabel i kos (rzekomo dla pracujących na pobliskim polu, również zaliczającym się do majątku), chudzielec Zdzisiu jako treser psów myśliwskich (polowania były bowiem jedną z ulubionych rozrywek jaśniepaństwa) starał się przekonać je do lojalności przede wszystkim wobec niego samego (aby nie sprawiały kłopotu podczas późniejszego buntu, a może i pomogły mu), a towarzysz Wanda, czyszcząc toalety, zabierał część chemikaliów, aby móc ich użyć później jako broni. Wieści o tym rozchodziły się przy posiłkach (wiadomo przecież, że byli wtedy dużo gorzej pilnowani) i pobudzały innych do pójścia za ich przykładem.
Po kilku miesiącach większość służby była gotowa do powstania. Wciąż co prawda zdarzali się sceptycy, a nawet niedoszli zdrajcy, tych jednak zmuszano (na ogół siłą i szantażem) do milczenia bądź po prostu dokonywano skrytobójczych nocnych mordów (oczywiście uważając na strażników), tłumacząc potem, że ktoś zginął z wycieńczenia lub choroby (to były częste przyczyny zgonów, więc nikt nie wdawał się w szczegóły). Czekano tylko na odpowiednie hasło...
I tak oto któregoś dnia służba zgromadziła się w swoich pomieszczeniach, odmówiwszy pracy. Na nic zdały się prośby i groźby barona i jego prawej ręki - starego majordomusa znanego z niezwykłej surowości. Gdy ochrona chciała siłą zmusić podwładnych jaśniepaństwa do zajęcia się powierzonymi zadaniami, ci wyciągnęli wszelką broń ze skrytek.
Tak więc rozpoczęła się zażarta walka. W ruch poszły pałki, widły, noże, szable, łopaty, miotły, "tulipany", koktajle Mołotowa (wielu butelek nie wyrzucano, a przerabiano na te właśnie rodzaje broni, a niektórym mechanikom udało się ukraść trochę paliwa z samochodów jaśniepaństwa), chlor (zdobyty przez tow. Wandę podczas czyszczenia toalet), a nawet pięści. Starcie szybko przerodziło się w rzeź - najpierw buntowników, a później ochrony, dosłownie tratowanej przez powstańców, do których dołączyły psy, które dzięki przywiązaniu do Zdzisia były gotowe za nim nawet wskoczyć w ogień. Obie strony odznaczały się okrucieństwem - w powietrzu latały poodcinane różne części ciała, a krew tryskała strumieniami. Służba była bezlitosna w dokonywaniu samosądów. Częste były również gwałty na kobietach z otoczenia barona, jak choćby na młodej żonie majordomusa (po uprzednim rozerwaniu na strzępy jej męża). Rabowano także wszelkie cenne przedmioty.
Odezwał się huk zdobytych na zabitych strażnikach karabinów i pistoletów. Rebelianci podeszli pod salon, gdzie opór był bardzo silny. W tym samym czasie towarzysz Wanda walczył pistoletem z ochroną przy jadalni. Zauważył, że w jednym z opustoszałych miejsc (jakie tworzyły się tam, gdzie rozpylono chlor bądź użyto koktajli Mołotowa) grupa ludzi w maskach przeciwgazowych biegła w stronę wyjścia. Spostrzegł wśród nich niskiego, krępeg mężczyznę. "BARON!" - pomyślał. Chciał strzelić z pistoletu, ale okazało się, że nie ma już amunicji - całą zmarnował. Wziął więc do ręki stojącą obok wykonaną z brązu figurkę seniora rodu, cisnął prosto w głowę barona i... poczuł straszliwy ból z tyłu, mimo że ludzie z ochrony arystokraty nie zauważyli go - uciekli, wlokąc za sobą zwłoki. Padł na ziemię. Ktoś z tyłu okładał go kolbą karabinu. Zenek myślał, że już nikt go nie uratuje, gdy wtedy to tuż obok jego ręki upadła ścięta głowa. Ciosy z tyłu ustały.
- Wstawajcie, towarzyszu Wanda - (tak bowiem Zenek kazał od pewnego czasu się do siebie zwracać) powiedział ktoś i podał dłoń, którą ranny złapał i powstał. Zobaczył on przed sobą Krzycha.
- Dzięki, towarzyszu - rzekł. Ostatnio zwracał się do wszystkich per "towarzysz".
- Spójrzcie tam - odpowiedział mu blondyn.
Jako że byli na piętrze, zobaczyli na parterze leżącą brązową statuetkę, a obok kałużę krwi. W tym samym czasie zaczęły ucichać strzały i krzyki.
Towarzysz Wanda uśmiechnął się.
- Nic wam poważniejszego się nie stało? - spytał blondyn.
- Nie, właściwie nic - Zenek podniósł pistolet, choć cicho pojękiwał z bólu - Chodźmy walczyć dalej.
- Ależ towarzyszu, to już koniec. Pałac opanowany. Wygraliśmy.
- Co nie znaczy, że możemy spocząć na laurach.
- Przecież baron chyba nie żyje. Nie mógł przeżyć ciosu brązową statuetką w głowę.
- Owszem, może i nie żyje. Ale widziałem, że w tamtej grupie był także jego brat i kilku ochroniarzy. Oni uciekli. Co z resztą ludzi barona?
- Wyrżnęliśmy wszystkich w pień. Kazaliście nam nie brać jeńców.
- Bardzo dobrze. Ale wiedzcie, że tamci mogą wezwać wojsko. A to oznacza problemy.
- Chodźmy do jadalni. Tam zgromadzili się nasi.
Poraniony tow. Wanda i jego nie mniej poharatany kolega weszli do jadalni, gdzie czekali rebelianci. Skandowali oni na cześć swojego przywódcy.
- Niech żyje towarzysz Wanda! - rozlegał się okrzyk.
- Towarzysze, proszę o ciszę! - zawołał Zenon. Wrzawa ucichła - Słuchajcie, opanowaliśmy pałac, ale oto i grozi nam nowe niebezpieczeństwo. Brat barona uciekł i teraz może sprowadzić na nas wojsko.
Pełen nerwów i niepokoju szmer i szept ogarnął salę.
- A przecież i tak wielu z nas zginęło już w czasie powstania - ciągnął dalej - Wobec tego zarządzam ewakuację. W ciężarówkach należących do majątku zostało jeszcze trochę paliwa. Poza tym mamy kilka furmanek. Załadujemy się do nich, zabierzemy także jak najwięcej cennych rzeczy i, wyjeżdżając, podpalimy to, co zostało z pałacu. A więc do dzieła, towarzysze! Musimy zdążyć, zanim wojsko tu będzie!
Rozpoczęto ładowanie cennych przedmiotów do ciężarówek i na furmanki. Nie obyło się bez krzyków, sporów, a nawet bójek. Każdy bowiem chciał mieć jak najwięcej dla siebie. W międzyczasie ranni zakładali sobie improwizowane bandaże ze szmat.
- Dokąd pojedziemy? - spytał chudy Zdzisiek towarzysza Wandę - Przecież wojsko może wziąć nas w kocioł.
- Czekajcie, mam pomysł. Pójdę porozmawiać z Władziem - on był stajennym - odrzekł tow. Wanda.
Po chwili wrócił i powiedział:
- Ja i Władziu pojedziemy konno na zwiad.
Natychmiast Zenek i eks-stajenny przystąpili do działania. Wsiedli na jednego z ocalałych koni i pognali na południowy - zachód. Jako że pałac baronów znajdował się raczej na odludziu, mijali głównie łąki i lasy. W pewnej chwili Władziu zatrzymał konia i krzyknął:
- Spójrzcie tam, towarzyszu! Wojsko!
Istotnie - z przeciwka nadciągały wozy pancerne, piechota i kawaleria.
- Podajcie mi swój karabin - rzekł tow. Wanda.
- Po co? - spytał zdziwiony kolega - Przecież i tak nie mamy szans w walce!
- Dajcie - nalegał Zenon.
- No w porządku.
Towarzysz Wanda zsiadł z konia, ściągnął białą, acz brudną i czerwoną od krwi podkoszulkę, po czym odebrał karabin, przywiązał ją doń i z powrotem wsiadł.
- Mamy teraz białą chorągiew - rzekł - Jedziemy jako poselstwo. Nie powinni nam nic zrobić.
- Wio! - rzekł Władziu do konia i popędzili w stronę wojska, wymachując improwizowaną białą flagą. Istotnie, nikt do nich nie otworzył ognia.
- O co chodzi? - spytał dowódca - Poddajecie się? - uśmiechnął się ironicznie.
- Nie, ale mamy propozycję... - odrzekł mu Zenek.
Zaoferował żołnierzom część łupów w zamian za rezygnację z ataku na pałac. Chciwy, lecz naiwny dowódca początkowo się opierał, później jednak zdał sobie sprawę, że za pertraktacje z buntownikami nic poważniejszego go nie czeka (ówczesna armia sarmacka była bowiem mało karna, niezdyscyplinowana i skorumpowana) i zgodził się. (Gdyby o tym wiedział brat barona... Ech.) Pojechał konno razem z nimi do majątku, aby przy okazji sprawdzić, czy rzeczywiście buntownicy mają coś cennego w swoich rękach. Towarzyszyło mu kilku ochroniarzy, również konnych, ale nie stanowili oni większej siły.
Na miejscu tow. Wanda pokazał mu ciężarówki i wozy obładowane dziełami sztuki, po czym kazał go zgładzić. Poderżnięto mu gardło, a następnie rozprawiono się z jego ochroną.
- Nie zabija się posłów! To sprzeczne z zasadami dyplomacji! - krzyknął Marek Skwarek, przed Wielką Wojną ambasador w Scholandii, później za scholandofilię zesłany na roboty w majątku barona Wieńsko jako kucharz (jego hobby była bowiem gastronomia) - Jak możecie, towarzyszu Wanda?!
- Jak mawiał wielki Lenin, "wszystko jest moralne, co prowadzi do zwycięstwa komunizmu". Wierzcie mi, towarzyszu, wiem, co robię.
Potem Zenek wydał rozkaz podpalenia pałacu i wyjazdu w stronę morza, uprzednio jednak zabrawszy pamiętną brązową statuetkę. Był pewien, że wojsko, pozbawione swojego (jakże naiwnego, ale jednak posiadającego resztki autorytetu) dowódcy rozpierzchnie się (taki był stopień rozkładu armii sarmackiej).
Oddalali się od wielkiej pochodni, w jaką zamienił się majątek. Prowincjonalną szosą ciągnęła się kawalkada furmanek, ciężarówek, koni i maszerujących ludzi. Po drodze skończyło się paliwo w ciężarówkach (dużo go bowiem zużyto na koktajle Mołotowa), w związku z czym ich ładunek przeniesiono na wozy bądź objuczono konie. Cała kolumna posuwała się w kierunku Torfowca - mieściny portowej, do której jednak często zawijały po drodze zagraniczne statki (zniszczonej przez wojska okupacyjne w 1940 r. za współpracę z SAL). Przeczucia tow. Wandy się sprawdziły - wojska nie napotkali. "A pomyśleć tylko, że być może północna część >>kotła<< zbliża się właśnie do gruzowiska" - zaśmiał się w myślach.
W miasteczku nie było garnizonu, policję zaś przekupiono kilkoma błyskotkami. Mieszkańcy byli zadziwieni, trochę nawet przerażeni, ale nikomu nic nie zgłosili. Akurat w porcie stał stary tankowiec, którego kapitan za pewną opłatą (w dziełach sztuki oczywiście - innej waluty powstańcy prawie że nie mieli) zgodził się przetransportować ludzi tow. Wandy za granicę jako nielegalnych imigrantów. Obiecał także zabrać wozy. Chudy Zdzisiu zauważył, że przywódca nie wsiada na pokład.
- A wy co, towarzyszu, zostajecie? - spytał.
- Tak. Przede mną jeszcze wiele do zrobienia.
Uścisnęli sobie ręce, po czym Zenek pożegnał jeszcze wielu innych towarzyszy i poszedł do sklepu, gdzie kupił trochę taniego wiśniowego wina, jako że miał przy sobie parę libertów. Wypił go bardzo niewiele - chciał zostawić sobie trochę na później, a poza tym nie mógł się upić, gdyż musiał iść dalej. Wyciągnął tę pamiętną brązową statuetkę i obejrzał ją, po czym poszedł w dal.
- Do zobaczenia w nowej Sarmacji... - syknął przez zęby.
KONIEC
Received on Wed 22 Feb 2006 - 07:39:59 CET