KARIERA I UPADEK MARKGRAFA DE BELLI, odc 11

From: WCWI <wcwi_usunto_at_icpnet.pl>
Date: Sat, 25 Oct 2003 17:16:12 +0200


Witamy w naszej Bajce! Tym razem odcinek kombinowany (dialogi szpitalne z Ziutkiem autorstwa anonimowej Autorki, reszta moja). Potowarzyszymy naszemu Bohaterowi w szpitalu, a takze przezyjemy nagla wizyte Króla tamze. Bedziemy takze swiadkami rozterak nocnego stróza, ktoremu dalem nazwoisko jednej z naszych Martwych Dusz

FvS.

**

De Beli otworzyl powoli oczy... obraz mial ciagle zamazany, w dali slyszal jakies dzwieki, których nie mógl polaczyc w jedna calosc... Z czasem jednak barwy nabieraly ostrosci, rysowaly sie ksztalty, a nawet niektóre slowa byly znajome...

-"Chwila, chwila... Gdzie ja znowu jestem... co dzis za dzien...
zaspalem...? Mialem umówione spotkanie... cholera...." - de Beli mial tysiac mysli na
minute, nic mu jednak sie nie zgadzalo. Jeszcze wiekszy metlik w jego glowie wywolala postac która wlasnie ujrzal.... byla ubrana cala na bialo, na glowie miala czarno-bialy czepek, i caly czas poruszala ustami. Tylko.... co ona mówila...?

-Panie Urbanczyk....!!!!! Prosze to polknac, bo zawolam ochrone, i dostanie
Pan to w inny sposób...!!! - ostatnie slowa zlowieszczo odbily sie po scianach szpitalnej sali. Pielegniarka usmiechnela sie z zadowoleniem. Lubila budzic strach, jej sadystyczna natura najlepiej wyzywala sie wsród pacjentów z bialymi myszkami w glowie i gwiazdkami w oczach. Tacy mogli nawet wziac ja za Aniola Smierci albo nawet Pana Boga. Tej przyjemnosci nie mogla jej zastapic zadna inna praca.

Pacjent spojrzal na nia przytomniej, zamrugal oczami. Tak, teraz do niego dotarlo to co powiedziala.... z trudem podniósl glowe, Otworzyl usta, i pozwolil wlac w siebie plyny, i proszki.... "Urbanczyk... gdzies juz to slyszalem.... ach tak..... ta biala sala, te swiatla... cholera! w co ja sie znowu wpakowalem" - Margraf powrócil do swoich rozmyslan, biala postac znikla w dali, lecz ciagle skads dobiegaly glosy. Minister z trudem sie podniósl i usiadl opierajac sie o poduszke. Jego oczom ukazal sie badz co badz niecodzienny widok. Cale pomieszczenie spowijala zielona poswiata... wszystko... po drugiej stronie staly lózka... bylo ich duzo, w kazdym razie Margraf nie umial sie doliczyc. Plataly mu sie cyfry... ale nie przejal sie tym... Jego uwage przykulo cos innego... sciany! Cos z nimi bylo nie tak.... podloga tez wydawal sie jakas dziwna.... "Czy ja juz jestem wariatem? To wszystko wydaje mi sie takie.... gumowe i miekkie... " - Im wiecej widzial i slyszal tym bardziej nie mógl znalezc sie w swiecie w którym sie znalazl. Obrócil sie i dotknal sciany za jego plecami.... "A wiec jednak...! Ona jest miekka!" W tym samym momencie spostrzegl wpatrzone w niego oczy.....
- Hej!!! Slyszysz mnie....? Nie pamietasz mnie....?! To ja, Bronek Ziutek! -
Tajemniczy sasiad caly czas mówil, a de Belli nadal rozmyslal:
-"Tak to jego glos caly czas slyszalem... wypadaloby cos powiedziec.... ale
co? Moze on mi wytlumaczy o co w tym wszystkim chodzi...?"- Markgraf odchrzaknal, tak jak przed kazdym waznym przemówieniem, i wykrztusil z siebie...: -Ehmm.... tak.... to znaczy nie... to znaczy tak... nie... Powiedz mi,
gdzie ja jestem?
-Co oni z Toba zrobili??!!! Hej Urbi! Jestes w domu! I po co stad uciekales?
Mówilem, zostan.... to nie, musiales zrobic swoje. Jak zwykle. Teraz nawet mnie nie poznajesz.... ale nie martw sie, przypomnisz sobie w koncu. Na razie jestes troche zamroczony... wiesz, nie dziwie sie. Slyszalem, ze troche Cie u
góry meczyli... nie znam szczególów... no ale sam wiesz.... kabelki... druciki i te sprawy.... Hej! No nie patrz na mnie takim pustym wzrokiem... dzien dwa i bedzie dobrze.... najgorszy tydzien masz juz za soba.- Ziutek przerwal wywód i wstal z lózka. Podloga sie ugiela - byla miekka, a on zaczal sobie po niej skakac, odbijal sie jak szalony.... skakal, wariowal.... a de Beli tylko patrzyl, patrzyl i myslal.... "No niezle... albo oszalalem, albo reinkarnacja... no bo co ja do cholery tu robie? Nie

mam pojecia... ale dowiem sie.... tylko musze stad uciec... podobno juz raz
to zrobilem.... ale chwila, chwila.... przeciez on mówil, ze ja jestem tu
juz tydzien.... czyli minal tydzien od mego przypadkowego spotkania z
Kalmusem..." - rozmyslania znowu przerwal mu glos wspóllokatora:
- Wiesz co.... jak odpoczniesz zrobimy sobie znów konkurs, kto najwyzej
skoczy. Moze znowu uda mi sie walnac lbem o sufit? Nie masz pojecia, jak fajnie czuja sie te gwiazdki przed oczami, jak im dac taki bodziec (Ziutek najwyrazniej wlaczyl slang lekarzy do swego slownictwa). Ostatnio robilismy bez Ciebie, i wiesz, ze wygralem...?!!! Niezle, co? Teraz mam szanse na dobra konkurencje bo wróciles.... choc kto wie... ale duzo cwiczylem. Patrz!- wykonal podskok i nieomal rabnal glowa o sufit, po czym wrócil do swojego monologu - I jak myslisz? Mam szanse na powtórke rekordu? Tak poza tym.... to wiesz co....? hihi... smiac mi sie chce z Ciebie.... teraz jeszcze bardziej przypominasz tego rudzielca z telewizji.... hihi... masz teraz nawet tak samo czerwony nos... hihi... niezle by bylo, jakbyscie sie zamienili miejscami, nie? Pamietasz jak próbowalismy sie dowiedziec jak sie nazywa, hihi.... ale byl ubaw, hihi Ej... no wlasnie.... jak on mial....? "Na...".... Bali.. . Babi... Nabi... , cholera.... nie pamietam... hm.... no dalej pomóz mi..... czemu sie nie odzywasz....? Juz wiem! To byl de Belli! I mial taka fajna limuzyne..... ach.... przejechalbym sie kiedys taka....
-Co Ty mówisz...? de Belli? - Margraf obudzil sie jakby z letargu.
-No tak.... nie pamietasz?! Ostatnio Marco podrzucil mi znów gazete... i
wiesz, ze on zaginal? Ale juz sie znalazl. Nie chcieli podac szczególów. Pisali cos, ze Markgraf de Belli... hihi smiesznie to brzmi... no ale, pisali, ze jest chory i slaby po jakims wypadku i odpoczywa w swojej rezydencji... Wiesz co.... dziwnie wygladasz.... ten twój wzrok... pózniej pogadamy.... idz spac bo w ogóle nie kontaktujesz....- rzucil przez ramie, wyskakujac z sali.

W tym samym czasie rozespany stróz przy bramie szpitala przezywal najgorsza chwile swojego zawodowego zycia. Wlasnie przed pól godzina lekko przysnal z nogami na stole strózówki, leniwie zezujac na najnowszy reportaz telewizyjny: "Modly Premiera za Naród". Kleczacy w towarzystwie elfickich znachorów, udajacy poboznego i stawiajacy oczy w slup liberal Kanikov rozsmieszyl nawet prostego stróza, ale ilez mozna przysluchiwac sie dewociemu belkotowi! Zmorzylo go to tak bardzo, ze zamiast isc z psem wokól ogrodzenia, oddal sie drzemce. I nagle obudzil go potezny klakson, podobniejszy z dzwieku raczej do okretowej syreny. Zerwal sie i wyjrzal - przed brama stal ogromne Schol, krazownik scholandzkich szos z 200 konmi mechanicznymi pod pokrywa silnika. Za kierowca siedzial pasazer, którego twarz wydawala mu sie dziwnie znajoma. Stróz nie zdazyl jeszcze dopiac uniformu i wyjsc do bramy, gdy pasazer Schola wyskoczyl z samochodu i skierowal swoje kroki wprost do strózówki. Robert Opertowski, straznik nocny szpitala, zdretwial z przerazenia. Te twarz rozpoznal teraz bez najmniejszej watpliwosci, portret tego pana wisial w gabinecie dyrektora Szpitala i w dziale Rachunków, a kiedys w jego interneckiej podstawówce, która ledwo ukonczyl: To byl Król Armin Frederik Scholandzki we wlasnej osobie. I bynajmniej nie robil wrazania laskawego i spokojnego. Spieszylo mu sie do srodka, a ten kretyn juz od paru minut trzymal go pod brama.

Król spojrzal niecierpliwym wzrokiem na stróza i wycedzil:

Stróz nic nie odpowiedzial, glos uwiazl mu w gardle. Drzacymi rekami wyciagnal klucz i pobiegl ku bramie. Król nie czekal na jego uslugi, wyciagnietym, charakterystycznym krokiem poszedl prosto do glównego wyjscia. Opertowski zdazyl jeszcze tylko nacisnac przycisk polaczenia z dyzurka i wyjakac do wewnetrznego telefonu:- Panie d-d-doktorze... Król! Po tym dzwonku w budynku szpitala rozszalala sie panika. Pielegniarze i salowe biegali jak w ukropie, dyzurni lekarze zbiegali po schodach ku wejsciu, dopinajac guziki kitli, kucharki z dolu wygladaly przestraszone, czy nie nastepuje ewakuacja szpitala.

Król Armin Frederik nie zwracal uwagi na wyjakiwane powitania personelu. Szczerze mówiac, chyba ich nawet nie slyszal. Cala ta sytuacja zdenerwowala go do tego stopnia, ze chcial juz tylko wyjasnic sytuacje swojego przyjaciela, ministra. Powstrzymywal sie jednak, przygryzajac wargi. Ledwo lekarz skonczyl swój powitalny belkot, Król powiedzial krótko:

Na lekarza dyzurnego padl blady strach. Minister Finansów, tutaj? Spojrzal na Króla takim wzrokiem, jakby chcial ocenic, czy nie bedzie musial leczyc takze i jego. Co Markgraf de Belli mialby robic w srodku nocy w jego szpitalu? Ale Jego Królewski Majestat, choc zdenerwowany, nie sprawial wrazenia chorego. Król zrozumial, ze ta droga niczego sie nie dowie. Zadysponowal:

Nie sluchajac odpowiedzi ruszyl przed siebie. Lekarz pobiegl za nim... Received on Sat 25 Oct 2003 - 08:16:35 CEST

This archive was generated by hypermail 2.4.0 : Fri 10 Jan 2020 - 23:10:35 CET