FvS.
**
De Beli otworzyl powoli oczy... obraz mial ciagle zamazany, w dali slyszal jakies dzwieki, których nie mógl polaczyc w jedna calosc... Z czasem jednak barwy nabieraly ostrosci, rysowaly sie ksztalty, a nawet niektóre slowa byly znajome...
-"Chwila, chwila... Gdzie ja znowu jestem... co dzis za dzien...
zaspalem...? Mialem umówione spotkanie... cholera...." - de Beli mial tysiac
mysli na
minute, nic mu jednak sie nie zgadzalo. Jeszcze wiekszy metlik w jego glowie
wywolala postac która wlasnie ujrzal.... byla ubrana cala na bialo, na
glowie miala czarno-bialy czepek, i caly czas poruszala ustami. Tylko.... co
ona mówila...?
-Panie Urbanczyk....!!!!! Prosze to polknac, bo zawolam ochrone, i dostanie
Pan to w inny sposób...!!! - ostatnie slowa zlowieszczo odbily sie po
scianach szpitalnej sali. Pielegniarka usmiechnela sie z zadowoleniem.
Lubila budzic strach, jej sadystyczna natura najlepiej wyzywala sie wsród
pacjentów z bialymi myszkami w glowie i gwiazdkami w oczach. Tacy mogli
nawet wziac ja za Aniola Smierci albo nawet Pana Boga. Tej przyjemnosci nie
mogla jej zastapic zadna inna praca.
Pacjent spojrzal na nia przytomniej, zamrugal oczami. Tak, teraz do niego
dotarlo to co powiedziala.... z trudem podniósl glowe, Otworzyl usta, i
pozwolil wlac w siebie plyny, i proszki.... "Urbanczyk... gdzies juz to
slyszalem.... ach tak..... ta biala sala, te swiatla... cholera! w co ja sie
znowu wpakowalem" - Margraf powrócil do swoich rozmyslan, biala postac
znikla w dali, lecz ciagle skads dobiegaly glosy. Minister z trudem sie
podniósl i usiadl opierajac sie o poduszke. Jego oczom
ukazal sie badz co badz niecodzienny widok. Cale pomieszczenie spowijala
zielona poswiata... wszystko... po drugiej stronie staly lózka... bylo ich
duzo, w kazdym razie Margraf nie umial sie doliczyc. Plataly mu sie cyfry...
ale nie przejal sie tym... Jego uwage przykulo cos innego... sciany! Cos z
nimi bylo nie tak.... podloga tez wydawal sie jakas dziwna.... "Czy ja juz
jestem wariatem? To wszystko wydaje mi sie takie.... gumowe i miekkie... " -
Im wiecej widzial i slyszal tym bardziej nie mógl znalezc sie w swiecie w
którym sie znalazl. Obrócil sie i dotknal sciany za jego plecami.... "A wiec
jednak...! Ona jest miekka!" W tym samym momencie spostrzegl wpatrzone w
niego oczy.....
- Hej!!! Slyszysz mnie....? Nie pamietasz mnie....?! To ja, Bronek Ziutek! -
Tajemniczy sasiad caly czas mówil, a de Belli nadal rozmyslal:
-"Tak to jego glos caly czas slyszalem... wypadaloby cos powiedziec.... ale
co? Moze on mi wytlumaczy o co w tym wszystkim chodzi...?"- Markgraf
odchrzaknal, tak jak przed kazdym waznym przemówieniem, i wykrztusil z
siebie...: -Ehmm.... tak.... to znaczy nie... to znaczy tak... nie...
Powiedz mi,
gdzie ja jestem?
-Co oni z Toba zrobili??!!! Hej Urbi! Jestes w domu! I po co stad uciekales?
Mówilem, zostan.... to nie, musiales zrobic swoje. Jak zwykle. Teraz nawet
mnie nie poznajesz.... ale nie martw sie, przypomnisz sobie w koncu. Na
razie jestes troche zamroczony... wiesz, nie dziwie sie. Slyszalem, ze
troche Cie u
góry meczyli... nie znam szczególów... no ale sam wiesz.... kabelki...
druciki i te sprawy.... Hej! No nie patrz na mnie takim pustym wzrokiem...
dzien dwa i bedzie dobrze.... najgorszy tydzien masz juz za soba.- Ziutek
przerwal wywód i wstal z lózka. Podloga sie ugiela - byla miekka, a on
zaczal sobie po niej skakac, odbijal sie jak szalony.... skakal,
wariowal.... a de Beli tylko patrzyl, patrzyl i myslal.... "No niezle...
albo oszalalem, albo reinkarnacja... no bo co ja do cholery tu robie? Nie
mam pojecia... ale dowiem sie.... tylko musze stad uciec... podobno juz raz to zrobilem.... ale chwila, chwila.... przeciez on mówil, ze ja jestem tu juz tydzien.... czyli minal tydzien od mego przypadkowego spotkania zKalmusem..." - rozmyslania znowu przerwal mu glos wspóllokatora:
W tym samym czasie rozespany stróz przy bramie szpitala przezywal najgorsza chwile swojego zawodowego zycia. Wlasnie przed pól godzina lekko przysnal z nogami na stole strózówki, leniwie zezujac na najnowszy reportaz telewizyjny: "Modly Premiera za Naród". Kleczacy w towarzystwie elfickich znachorów, udajacy poboznego i stawiajacy oczy w slup liberal Kanikov rozsmieszyl nawet prostego stróza, ale ilez mozna przysluchiwac sie dewociemu belkotowi! Zmorzylo go to tak bardzo, ze zamiast isc z psem wokól ogrodzenia, oddal sie drzemce. I nagle obudzil go potezny klakson, podobniejszy z dzwieku raczej do okretowej syreny. Zerwal sie i wyjrzal - przed brama stal ogromne Schol, krazownik scholandzkich szos z 200 konmi mechanicznymi pod pokrywa silnika. Za kierowca siedzial pasazer, którego twarz wydawala mu sie dziwnie znajoma. Stróz nie zdazyl jeszcze dopiac uniformu i wyjsc do bramy, gdy pasazer Schola wyskoczyl z samochodu i skierowal swoje kroki wprost do strózówki. Robert Opertowski, straznik nocny szpitala, zdretwial z przerazenia. Te twarz rozpoznal teraz bez najmniejszej watpliwosci, portret tego pana wisial w gabinecie dyrektora Szpitala i w dziale Rachunków, a kiedys w jego interneckiej podstawówce, która ledwo ukonczyl: To byl Król Armin Frederik Scholandzki we wlasnej osobie. I bynajmniej nie robil wrazania laskawego i spokojnego. Spieszylo mu sie do srodka, a ten kretyn juz od paru minut trzymal go pod brama.
Król spojrzal niecierpliwym wzrokiem na stróza i wycedzil:
Stróz nic nie odpowiedzial, glos uwiazl mu w gardle. Drzacymi rekami wyciagnal klucz i pobiegl ku bramie. Król nie czekal na jego uslugi, wyciagnietym, charakterystycznym krokiem poszedl prosto do glównego wyjscia. Opertowski zdazyl jeszcze tylko nacisnac przycisk polaczenia z dyzurka i wyjakac do wewnetrznego telefonu:- Panie d-d-doktorze... Król! Po tym dzwonku w budynku szpitala rozszalala sie panika. Pielegniarze i salowe biegali jak w ukropie, dyzurni lekarze zbiegali po schodach ku wejsciu, dopinajac guziki kitli, kucharki z dolu wygladaly przestraszone, czy nie nastepuje ewakuacja szpitala.
Król Armin Frederik nie zwracal uwagi na wyjakiwane powitania personelu. Szczerze mówiac, chyba ich nawet nie slyszal. Cala ta sytuacja zdenerwowala go do tego stopnia, ze chcial juz tylko wyjasnic sytuacje swojego przyjaciela, ministra. Powstrzymywal sie jednak, przygryzajac wargi. Ledwo lekarz skonczyl swój powitalny belkot, Król powiedzial krótko:
Na lekarza dyzurnego padl blady strach. Minister Finansów, tutaj? Spojrzal na Króla takim wzrokiem, jakby chcial ocenic, czy nie bedzie musial leczyc takze i jego. Co Markgraf de Belli mialby robic w srodku nocy w jego szpitalu? Ale Jego Królewski Majestat, choc zdenerwowany, nie sprawial wrazenia chorego. Król zrozumial, ze ta droga niczego sie nie dowie. Zadysponowal:
Nie sluchajac odpowiedzi ruszyl przed siebie. Lekarz pobiegl za nim... Received on Sat 25 Oct 2003 - 08:16:35 CEST
This archive was generated by hypermail 2.4.0 : Fri 10 Jan 2020 - 23:10:35 CET