Procz tego informacja: Czekalem tak dlugo, bo chcialem kasiazke juz uczynic
platna. Otóz mamy juz strone ksiazki (dzieki uprzejmosci Pana Kalmusa) oraz
6 karykatur, ilustrujacych niektore jej rozdzialy (autorstwa Pana
Butterberga, co gwarantuje klase!). niestety nie udalo mi sie doprowadzic
jeszcze do ofebusowania strony, zaluje. Zatem platny bedzie dopiero nastepny
odcinek naszej epopei, i dopiero w zwiazku z nim Czytelnicy spojrza na
ilustracje, a sa ciekawe i smieszne!
FvS
A teraz porcja emocji dla zwolennikow thrillerow i rozrywki:-)
**
Godziny w Klinice bardzo dluzyly sie Markgrafowi. Od momentu drugiego, trzezwego przebudzenia i awantury, jaka urzadzil swoim pielegniarzom, wolal juz nie krzyczec. Kaftan bezpieczenstwa nie byl wygodny, sciany byly obite dzwiekochlonna materia a glos coraz slabszy... Przekonywanie zas personelu, ze oto zaszla pomylka i maja przed soba Ministra Finansów mialo taki sam sens, jak wmawianie im, ze jest sie Panem Bogiem albo Cesarzem Leblandii. Byli tu do tego przyzwyczajeni, to nalezalo przeciez do najczestszych objawów. Bylo wiec zle. Dodatkowo Markgraf byl znów na glodzie alkoholowym. Od 24 godzin nie pil juz whisky i zaczynaly go dreczyc jego zwykle przywidzenia: ukazywaly mu sie twarze Martwych Dusz, cale oklejone banknotami, postaci lezacych na Cmentarzu Scholandzkim dawnych obywateli, przysypane nie do konca iwonkami, które on, Markgraf, jak mityczny Syzyf usilowal z nich bez skutku zgarnac lopata. Kiedy juz mial je na taczce, ta wysypywala sie do dolu i praca zaczynala sie od poczatku. Belli mial takie zwidy juz od dawna, sarmacka whisky pomagala mu ich unikac lub przynajmniej lagodzic ich oddzialywanie: otepiala ona umysl do tego stopnia, ze twarze Martwych Dusz rozmazywaly mu sie przed oczami i od biedy mogly uchodzic nawet za dalekich krewnych. Teraz jednak Minister nie mial swego eliksiru na tyle dawno, ze zdazyl juz zaliczyc swój najgorszy koszmar: postaci scholandzkich Sarmatów, przesypujacych pliki arminów z walizki do walizki. Znal juz ten sen-nie-sen, przezywajac go pocil sie ze strachu i natychmiast budzil. Wiedzial tez, ze nastepnym odcinkiem (jesli nie wypije), bedzie surowa, nieprzystepna twarz Króla, podpisujacego podawana mu przez Kanikova jego, Markgrafa, dymisje. Choc Markgraf czul, ze ma na Zamku poparcie mimo swoich ekscesów, ta scena przesladowala go od dawna. Unikal jej pojawiania sie, pijac, niemniej czul w niej rodzaj ponurego proroctwa. Wiekszosc jego prywatnych czynnosci wynikala ze strachu przed spelnieniem sie tej przepowiedni: lokaty, zakupy, ciche inwestowanie w nieruchomosci w dobrej polowie wirtualnego swiata. Markgraf zadbal o wszystko, a Anike of Lebland dyskretnie zarzadzala anonimowym jego majatkiem. Wlasnie: Anike! Gdyby tylko mógl dac jej znac, ze tu jest! Niezawodna towarzyszka zycia wyciagnelaby go stad, nawet, gdyby miala przekupic caly personel, nawet, gdyby miala zorganizowac napad na Klinike. Ta kobieta miala charakter, byla bardziej chlopem niz polowa scholandzkiego rzadu! Jak ja powiadomic? Biedny Markgraf nie wiedzial jeszcze jednego: Ze Anike miala tez polityczny instynkt. Wychowana na dworze Lebencjusza zawsze w pore umiala wyczuc, skad wieje wiatr i na kim mozna sie dorobic. Juz dawno zorientowala sie, ze akcje Markgrafa stoja nisko. Teraz w Leben City moscila gniazdko dla Regana. Znuzony swymi czarnymi myslami i oslabiony brakiem trunku minister zasnal tak gleboko, ze nie ocknal sie nawet w chwili, gdy wraz z lózkiem przewozono go do wspólnej sali. Personel uznal, ze przestal juz byc niebezpieczny.
Najdyskretniejsi ludzie Dworu od ponad 12 godzin szukali Markgrafa po wszystkich spelunach Scholandii, po cichych knajpkach, izbach wytrzezwien, tajnych miejscach spotkan finansistów, salonach ruletki i Black Jacka. Król nie ufal ludziom Kanikova, zreszta nie byl pewien, czy ten naprawde szczerze chce szukac Markgrafa. Swoim histerycznym oredziem do Narodu Hrabia - Premier zreszta ostatecznie pograzyl swoja dobra opinie w oczach Króla. A teraz i tak nie byl do dyspozycji: spedzal wlasnie wieczór na nocnym czuwaniu z wrózbitami i guslarzami, którzy mieli mu jakoby pomóc walczyc ze Zlem, a moze po prostu nabijal sobie punkty wyborcze wsród mniej oswieconych Scholandczyków. Król postanowil dzialac sam i odnalezc swego zapijaczonego, ale jednak przyjaciela i wspóltwórce panstwa. Potem wysle sie go na odwyk, opinii publicznej powie cokolwiek, odkreci propagande Kanikova. Sa ludzie w srodowisku Zamku, którzy nie takie rzeczy potrafia... Na razie jednak Jego Scholandzki Majestat nerwowo przegladal dotychczasowe raporty, które nic nowego nie przyniosly. Choc zaraz, co tu bylo? : "... jeden z lekarzy Kliniki Mariusburskiej w towarzystwie wstawionych kolegów przechwalal sie w knajpie "Pod Wesola Smoreda" w Internetii, ze teraz w szpitalu maja "swojego Markgrafa". Otóz znany juz od dawna personelowi pacjent, który wlasnie zostal przywieziony z kolejnej ucieczki, zaczal od wczoraj zachowywac sie agresywnie i twierdzic, ze jest Ministrem de Belli i zada widzenia z Premierem albo Królem. Lekarz przy okazji wyrazil nieprawomyslne stwierdzenie, ze wcale by sie nie zmartwil, gdyby faktycznie dostal Markgrafa w swoje rece. Wtedy bylby w stanie wybic mu z glowy podatek od leczenia, a moze nawet po cichu wstawic jakas "prolekarska" wszywke. Towarzystwo jeszcze dlugo wymienialo uwagi na temat Partii Ludzi Inteligentnych, których przez wzglad na szacunek dla polityków, jak równiez z powodu ich braku odniesienia do tematu poszukiwan nie bede zamieszczal w raporcie...". Armin Frederik nie czytal juz podpisu wspólpracownika tajnych sluzb, tylko natychmiast chwycil za sluchawke:
Dyzurny oficer Gwardii Królewskiej nie zadawal zbednych pytan. Nie pierwszy raz Król anonimowo wyjezdzal z Zamku. Po chwili zameldowal monarsze, ze luimuzyna marki Schol juz zajechala. Król chwycil swoje palto, wyszedl z gabinetu i zbiegl po schodach... Received on Sun 19 Oct 2003 - 10:58:31 CEST
This archive was generated by hypermail 2.4.0 : Fri 10 Jan 2020 - 23:10:35 CET