Książka "Kariera i upadek Markgrafa de Belli" odcinek 8

From: WCWI <wcwi_usunto_at_icpnet.pl>
Date: Fri, 3 Oct 2003 00:42:25 +0200


Uprzejmie zapraszam do lektury kolejnego odcinka, w ktorym ukazemy trzy rozne reakcje na zniknięcie glównego bohatera.

FvS

Zniknięcie Markgrafa wywołało naturalnie jeszcze większe zamieszanie, niż zamach na jego życie. W końcu próbę zabójstwa Belli przeżył, a nawet poinformowano, że jest w dobrym stanie. Teraz zaś po prostu zapadł się pod ziemię. Na dokładkę plotkowano w Scholopolis, że ten i ów widział Markgrafa, jak o własnych siłach wychodzi ze szpitala. Czyżby Belli CHCIAŁ zniknąć? Ale jaki miał w tym interes albo czego się bał? Te spekulacje wywołały przy okazji potężny wzrost zakupów na Bazarze Scholandzkim. Myślano bowiem: jeśli Minister Finansów ucieka w siną dal, to gospodarce z pewnością grozi katastrofa niewyobrażalnych rozmiarów. Całe szczęście, że Giełda Scholandzka dopiero miała ruszyć - gdyby już była otwarta, z pewnością byłby to jej czarny dzień. Kto będzie inwestował w ekonomię kraju, którego minister finansów się ukrywa?

           Kanikov był bliski obłędu. Ze śmiercią w oczach biegał po swoim gabinecie, wydzwaniał do przeróżnych tajnych służb, zdobył nawet telefon kochanki Markgrafa. Ta pełnym zdziwienia głosem zapytała, czy nie ma go w ministerstwie, przecież jest już po drugiej... biedaczka, nie wiedziała widocznie o niczym, nie umiała nawet czytać scholandzkich gazet! To jednak nie interesowało Premiera zupełnie. W każdej chwili spodziewał się telefonu z Zamku, na który nie potrafiłby zupełnie odpowiedzieć. Pod Hrabią Tanis uginały się nogi, powoli sam zaczynał rozmyślać o ucieczce... Może do cichutkiej lecz luksusowej posiadłości, którą zdążył nabyć podczas swego ambasadorowania w Dreamlandzie? Tam Król go nie odnajdzie, i nie będzie musiał tłumaczyć się za swoich ministrów. Ale tam znajdzie go Loża, w sojuszniczym Królestwie jej macki sięgały do najmniejszej nawet wioski. Tak, zaszycie się w Kakutach nie wchodziło w rachubę, to byłaby ucieczka z deszczu pod rynnę. Zatem trzeba będzie stawić czoło pytaniom, zarzutom, a może nawet rządowemu kryzysowi... Nawet miał już jakiś pomysł, ale nie był go do końca pewien. Cóż - tonący chwyta się nawet brzytwy - Kanikov wpadł na pomysł, że jedyną szansą jest to wszystko zwalić na moce nadprzyrodzone. W końcu Scholandczycy to dość wierzący naród. Jeśli uda się im wmówić, że kraj stał się sceną prorokowanej Apokalipsy, nawet ten racjonalny Szwab z Zamku będzie musiał się zamknąć. Z przesądami lepiej nie walczyć, zawsze jest się przegranym. Z bólem brzucha i nerwowym drżeniem rąk Premier zaczął pisać drugie już w ciągu dwóch dni przemówienie do narodu. Po chwili przebiegł oczyma swoją dotychczasową produkcję: "...Obywatele! W podłe porwanie Markgrafa zamieszane są z pewnością nieczyste siły... Nikomu przecież w naszej umiłowanej ojczyźnie nie mogło zależeć na usunięciu takiego patrioty, filaru Królestwa. Oto wirtualne Dobro i postęp zostały zaatakowane przez Wirtualne Zło! Perfidia ciemnych Mocy posunęła się tym razem za daleko! Jako Premier Królewskiego Rządu ogłaszam Świętą Wojnę z Szatanem i Jego Demonami. Wzywam wszystkie Kościoły Scholandii do nieustannych modłów i egzorcyzmów! Apeluję do wszystkich Scholandczyków o zakup świętych tekstów, amuletów i dewocjonaliów! Wzywam różdżkarzy, magów, jasnowidzów, wróżki, guru, teleewangelistów, kustoszy sanktuariów i wszelkich innych przez Boga natchnionych, by włączyli się w poszukiwanie Najdroższego nam Nadina de Belli, Niewinnej Ofiary Ciemnych Mocy. Gdy Go znajdziemy, Scholandia odetchnie, Zły poniesie klęskę a Jego Zastępy przeniosą się gdzie indziej, najpewniej do Sar..." - no nie, to lepiej skreślić, i tak każdy wie, gdzie Zły ma swoją główną bazę! Tak, to było dobre. Trochę się jeszcze poszlifuje, doda jakiś akt strzelisty... Pozostaje jeszcze wypaść w telewizji jak najlepiej - Premier Podszedł spojrzał na stojące na biurku lusterko i zaczął ćwiczyć nabożne miny. Trochę się musiał namęczyć, gdyż od lat nie odwiedzał Kościoła. Po kilku próbach włączył monitor komputera i wywołał stronę Galerii Scholandczyków. Obejrzał dokładnie portret Strudolfa, potem rabina, potem Księcia Filipa, w końcu znów Strudolfa. Nie był może profesjonalistą w tej branży, ale potrzeba czyni mistrza - i Kanikov zaczął stroić do lusterka miny, które wydawały mu się podobne do wyrazu twarzy religijnych autorytetów Scholandii. Faktycznie, obłęd już go dosięgnął...

           Król Armin Frederik z niedowierzaniem po raz trzeci czytał raport najtajniejszej komórki scholandzkiego kontrwywiadu. Hollenstein, Wewióra, Kanikov, Smoręda a nawet lojalistyczny Ligocki. Wszyscy członkami tajnej Loży. Najbardziej jednak Króla zdziwiło nazwisko... Cocacolatla, Sarmaty i mieszkańca niemal wszystkich krajów wirtualnych, dotychczas mu znanego jako niegroźny, błędny tropiciel systemowych plagiatów. Cocacolatl otóż miał być przywódcą owej Loży, uskuteczniającej swoje ciemne interesy w Królestwie. Wytrawnemu dyplomacie, Arminowi von Rohrscheidt, nie mieściło się w głowie takie złożenie: Wewióra, uosobienie taktu i lojalności oraz Cocacolatl, człowiek nie uznający żadnych autorytetów i nie związany z nikim i niczym oprócz swoich intelektualnych praw własności do wszystkiego, co zawiera podręcznik php. To było zaiste dziwne złożenie. Ale nie takie już rzeczy widział wirtualny świat... Król westchnął i podniósł słuchawkę telefonu, stojącego na biurku. Wystukał numer swojego brata, następcy tronu, księcia Filipa. Gdyby wiedział i o nim....

Na Giełdzie w Dreamopolis, pod filarem wielkiej tablicy kursów Regan, uciekinier ze Scholandii umówił się na odbiór zasłużonej wypłaty od Cocacolatla. 1000 Arminów od ministra de Belli za świetne zaaranżowanie zamachu było bowiem tylko częścią jego finansowych żniw. Czego Markgraf nie wiedział, Regan działał na dwa fronty: Od Cocacolatla wziął 4000 libertów za usunięcie głównej przeszkody na drodze zalewania Scholandii sarmackimi produktami z księżyca: Ministra Finansów. Suma była znaczna i Regan podejrzewał, że Cocacolatl nie był jedynym sponsorem. Słaby dziennikarz, ale bystry aferzysta domyślał się, ze nitki wiodą do Grodziska, do Kanclerza Czekańskiego, który montował właśnie nie tylko ekipę rządową na przyjazd do Scholopolis i rozmowy gospodarcze, ale i druga ekipę: sarmackich "działaczy gospodarczych", w celu zalania scholandzkiego rynku towarami powstałymi w sposób meta-wirtualny, czyli utworzonymi bez udziału... surowców. Nie takie cuda widziała Sarmacja, a teraz miała zobaczyć Scholandia. Belli, choć alkoholik, na finansach i gospodarce się znał, zatem robił wszystko, by do tego nie dopuścić. Teraz droga była wolna:

Regan pożegnał się z Cocacolatlem, rzucił okiem na kilku sennych dreamlandzkich maklerów i wyszedł z budynku Giełdy. Swoje interesy już tu załatwił. Received on Thu 02 Oct 2003 - 15:42:32 CEST

This archive was generated by hypermail 2.4.0 : Fri 10 Jan 2020 - 23:10:35 CET