Kariera i upadek Markgrafa de Belli, odcinek 8

From: WCWI <wcwi_usunto_at_icpnet.pl>
Date: Sun, 28 Sep 2003 12:25:17 +0200


Zapraszam do lektury 8 odcinka naszej powieści.

Jego autorem jest pan Paweł Czepan.

Nie ma nowych postaci, za to nowe perypetie naszego ulubionego Ministra...

FvS

De Belli obudził się z bólem głowy i zdrętwiałymi plecami, które odczuwały jeszcze skutki kontaktu ze skuteczną bronią Gauy. Zdziwiło go tylko miejsce, w którym się obudził. Było to niezwykle jasne pomieszczenie, w którym tylko wejście wydawało się być nieco ciemniejsze. Belli domyślał się, że przespał całą część wstępną z białym światełkiem i obudził się już do fakcie. Inaczej wyobrażał sobie scholandzkie niebo. Przed wszystkim - dlaczego tak go rypią te plecy. Przecież już umarł... Nagle, z nieprzeniknionej bieli wyłonił się postawny, nieco podstarzały osobnik. Belli był już pewien, że teraz odbędzie się sąd nad nim. Zaczął więc żałować, że nie przyznawał się do swoich błędów, że ograbiał martwe dusze, że pił ponad wszelką miarę, nawet że kłócił się z Czekańskim o to, kto i kiedy ma odpowiadać na pytania obywateli. Żałował jednak skrycie i tego, że nie skosztuje już więcej sarmackiej whisky, ani scholandzkiego koniaku. Jedyna rzecz, która dodawała mu nadziei, to plotka zasłyszana na jednej z mszy w scholandzkim Kościele, że nektar, tak hołubiony w Niebiosach jest lepszy od wszystkich ziemskich trunków. To dodawało mu odwagi. Może nie będzie tak źle...

To pytanie zadał mu osobnik ubrany na biało. Skrzydeł gość nie miał. A i głos nie był głosem anioła, który po pracy leci do chóru, by umilić życie Wszechmogącego. Przypominał raczej głos zmęczonego życiem stróża nocnego, który w czasie swojej zmiany lubi sobie popić. De Belli dobrze znał takie głosy. Nie raz musiał poradzić sobie z męczącą chrypką przed zebraniem Parlamentu.

"Więc to jednak nie Niebo" - błyskotliwie, jak na obecny stan umysłu spostrzegł De Belli. "A miało być już tak pięknie"." Co się stało" Pytania kłębiły się w głowie Markgrafa, ale promile, które krążyły w jego krwi skutecznie nie pozwalały mu znaleźć żadnego logicznego wytłumaczenia...
   

Piotr Kalmus był z siebie dumny. Co prawda nie udało mu się skutecznie obrabować Ministra Finansów, tak jak to wcześniej zaplanował, ale i tak pogrążył go w jeszcze większym bagnie. Ten portfelik, który w ostatniej chwili zdążył mu włożyć do kieszeni! To był genialny pomysł! Teraz wreszcie się przydał. A już się wydawało, że to była największa porażka w jego życiu biznesmena. Otóż jakiś miesiąc temu do Pseudo-apteki Kalmusa przyszedł nieco szurnięty klient. Sweter miał nałożony tył naprzód, spodnie na lewą stronę, skarpetki różnych kolorów, jakiś nienaturalny uśmiech i portfel wypchany pieniędzmi. I jakby kogoś mu przypominał, tylko kogo, do diabla, kogo? Ale wszystko jedno... Kalmus, znany ze swej pazerności, nie przejmował się zbytnio podejrzanym wyglądem i zachowaniem jegomościa. Ważny dla niego był zysk, a teraz zysk był blisko. Jego bystre oczka wypatrzyły już strusie i żyrafy na kolorowych zwitkach banknotów. Gość był nadziany... Piotr Kalmus już widział te pieniążki w swojej kieszeni... Pożądał ich, zwłaszcza, że ostatnio mało kto przychodził do jego "aptekarek" i "aptekarzy", a na samych pigułkach od bólu głowy trudno utrzymywać taką inwestycję. Dziwny klient poprosił o kilkanaście listków leków psychotropowych, które wymagają recepty odpowiedniego specjalisty. Kalmus dobrze o tym wiedział. Widział jednak też dużą sumę pieniędzy w portfelu klienta. Żeby zabezpieczyć swój interes, , zaproponował mu małą wymianę. Otóż on, Kalmus, sprzeda na lewo leki potrzebne klientowi, a kupujący odda mu swój cały portfel. O dziwo, nie było nawet żadnych negocjacji. Przybysz, cały czas uśmiechając się głupkowato, oddał cały portfel, rzucił się na pastylki, łyknął od razu połowę z nich, nie prosząc nawet o wodę do popicia i szybko oddalił się z miejsca zakupu. "Apollo" Kalmus niezwłocznie rozpoczął eksploracje swojej zdobyczy. Jakież było jego zdziwienie, gdy to, co on rozpoznał jako pieniądze okazało się w rzeczywistości papierkami po brugijskiej gumie do żucia, dostępnej w pobliskim kiosku. Były na nich strusie, wiewiórki, zajączki, słonie i nawet wilki. Młodziutkie Księstwo Brugii nie posiadało jeszcze historii, nie miało narodowych bohaterów, więc promowało swą rodzimą faunę, a ta do złudzenia przypominała scholandzkie banknoty wysokich nominałów. Oprócz papierków aptekarz znalazł jeszcze kilka kapsli po piwie St. Ulrich, cztery przedziurawione prezerwatywy, zdjęcie muru i dowód osobisty. Zdjęcie na dowodzie niemal identyczne z ... bardzo znajomą twarzą. No, może nos był nieco mniej czerwony i oczy trochę jakby spokojniejsze. Facet z dowodu, jego klient sprzed chwili, mocno przypominał... Markgrafa de Belli.. Ten sam leciutko głupawy uśmiech i troszeczkę powykręcana twarz. Pod spodem widniało nazwisko. PAWEŁ URBAŃCZYK... Koło nazwiska adnotacja: "Pacjent Szpitala Psychiatrycznego w Mariusburgu".

"Po cholerę mi to wszystko", pomyślał. Nie wiedział wtedy, że za miesiąc, po wezwaniu karetki pogotowia do ministra, wymieni portfel De Bellego na portfel świra ze szpitala w Mariusburgu....
  Received on Sun 28 Sep 2003 - 03:25:17 CEST

This archive was generated by hypermail 2.4.0 : Fri 10 Jan 2020 - 23:10:35 CET