Przy okazji propozycja nazwania naszej epopei: Jeden z uważnych czytelników, który chce pozostać anonimowy, zaproponował tytuł:
"Kariera i upadek Markgrafa de Belli"
Co panstwo na tę propozycję? Przyznam, że Makrgraf stał się naszym głównym bohateram, wszystko kręci się wokół niego, więc czemu nie?
FvS.
Wszechmocny Gaua, czyli jaśnie oświecony Książę Darei, stał przy oknie swojego tajnego mieszkania przy Parkowej. To tutaj zabawiał się w przerwach między zakładaniem lipnych "eksperymentalnych firm" i wysysaniem pieniędzy z systemu gospodarczego. W związku z męczącym trybem pracy Gaua nieco zdziczał - siedzenie przed ekranem giełdowego komputera i przy kolumnach cyfr zabiło w nim potrzebę bywania na świeżym powietrzu. Spacery go nie bawiły, urlop uważał za stratę czasu, nie dawał się wyciągać na żadne pikniki. Wyjątkiem były libacje scholandzkich finansistów i systemowców, na których Gaua bywał regularnie. Ale te odbywały się w ciemnych i niedostępnych salkach "Pasibrzucha", na hasło dla wtajemniczonych. Można więc powiedzieć, że Gaua "przestał się przewietrzać" i dostał czegoś, co w fachowym języku nazywało się aerofobią. Lekarze zaczęli alarmować. Książę zakupił więc już przed rokiem to miłe mieszkanko z oknami na park miejski i w godzinach sjesty oddawał się "przewietrzaniu płuc". Polegało ono na staniu przy uchylonym oknie i obserwacji przeciwległej alejki parkowej przez lunetę. Od czasu do czasu, żeby sprawić sobie sztubacką radość (komputer zabrał mu przecież dzieciństwo) Jaśnie Oświecony strzelał do wiewiórek za pomocą swojej elektronicznie wspomaganej dmuchawy, wyrzucającej lotki z substancją usypiającą. Doszedł już do takiej wprawy, że trafiał dziewięć na dziesięć biednych rudych stworzeń za pierwszym razem. Szczególnie zabawnie wyglądały spadające z drzew wiewiórki, gdy leciały prosto przed pysk przebiegającego obok psa albo pod nogi jakiejś wystraszonej staruszki. Od przynajmniej trzech miesięcy mówiło się w Scholopolis o dziwnym nieznajomym Wiewiórka-Killerze, w międzyczasie i policja, i elity stolicy dobrze już nawet wiedziały, z którego to okna wylatują usypiające lotki, ale w interesie dobra Scholandii i stabilności jej waluty wszyscy odpowiedzialni za porządek nabrali wody w usta. Nawet opozycyjny Strudolf udawał, ze nie ma tematu i jego Przekrój nawet się o tym nie zająknął. Po pierwsze bowiem: Gaua był niezastąpiony, po drugie: miał olbrzymie poparcie na Zamku i był nie do ruszenia, po trzecie zaś Scholandia nie dochowała się żadnego Ruchu Obrony Wiewiórek czy innych zielonych ekstremistów, którzy mogliby się dobrać Gale do skóry.
Zatem Prezes Banku stał przy oknie i czatował na kolejną lekkomyślną wiewiórkę. Już miał z nudów strzelać do byle wrony (co też mu się czasem zdarzało), gdy nagle jego bystre oczy, wzmocnione okularem lunety,
wypatrzyły w prześwicie gałęzi rude futerko. JEST! Gaua szybkim, zdecydowanym ruchem sięgnął po dmuchawę leblandzkiej produkcji (jedna z niewielu rzeczy, jakie udało się wyprodukować w Leblandii to egzotyczna brońdo wszelkich makabrycznych zabaw).
Z doświadczenia wiedział, że zawsze trzeba mierzyć lekko poniżej ciała, jego dmuchawa troszkę przenosiła w górę. Książę wymierzył i nacisnął spust... Lotka z delikatnym furkotem opuściła lufę i pomknęła ku swemu celowi.
Trzęsący się ze strachu Markgraf de Belli nawet nie poczuł delikatnego uderzenia w łopatkę. Być może wypite od rana pół piersiówki Johnny Walkera także osłabiło jego reakcje na bodźce zewnętrzne. Wystarczającym bodźcem, wymagającym całkowitej koncentracji była ostatecznie krążąca wokół jego rudej głowy siekierka aptekarza Kalmusa. Belli dostał więc lotką, i nie mając o tym pojęcia w ciągu pięciu sekund osunął się na trotuar. Piotr Kalmus także nie zauważył bezszelestnie lecącego pocisku. spojrzał zdziwiony na leżącego ministra, potem na trzymaną w ręce siekierkę. Nie było na niej śladów krwi. Belli zemdlał więc z samego strachu? A może dostał zawału? Aptekarz znał się na pigułach, niestety nie na chorobach. Nie miał zielonego pojęcia, jak ratować ludzkie życie. Wiedział z filmów sensacyjnych, że takie efekty przestrachów są możliwe. Ale żeby znany z ostrych posunięć Markgraf, nie bojący się krytyki ni szantaży komunistów, tak po prostu dostał zawału na widok małego toporka? Sprawa zaczynała wyglądać groźnie. Co innego małe wymuszenie z użyciem strażackiego sprzętu, co innego zmarły nagle Markgraf i potężny minister na własnym sumieniu. Kalmus sprawdził puls (to umiał, ćwiczył na swoich licznych modelkach w lipnie zakamuflowanej agencji towarzyskiej). Belli jakoś tam dychał. Aptekarz pobiegł do pierwszego z brzegu aparatu telefonicznego i , zmieniając glos, powiadomił pogotowie, że w parku leży nieprzytomny człowiek. Po chwili rozległ się głos syreny scholopolskiej karetki reanimacyjnej. Piotr Kalmus zaś śpiesznym krokiem udał się ku swemu domostwu, marudząc pod nosem krytyczne uwagi na temat psychicznej kondycji członków scholandzkiego rządu. Received on Sat 27 Sep 2003 - 03:50:18 CEST
This archive was generated by hypermail 2.4.0 : Fri 10 Jan 2020 - 23:10:35 CET