Książka odcinek 5

From: WCWI <wcwi_usunto_at_icpnet.pl>
Date: Tue, 23 Sep 2003 18:42:58 +0200


Witam , oto piaty odcinek. Niecne knowania Ministra de Belli pokrzyżyje tym razem dzielny aptekarz, broniacy wlasnych interesów. Autorem jest (a któżby inny:-) pan Piotr Kalmus

**

Strudolf, dowiedziawszy się o zamachu poczuł się niepewnie. Czyżby wynajęte przez niego lumpy okazały się zbyt pracowite? Możliwym było, że chcąc przypodobać się swojemu chlebodawcy i licząc na lepszą pensję dokonali tej zbrodni. Widocznie nie wiedzą, jakim ich przełożony jest dusigroszem, i że ewentualna podwyżka nie wchodzi w grę. Nawet za wysadzenie zamku!

Teraz dla marszałka sprawą najważniejszą stało się oczyszczenie z zarzutów. Wszyscy wiedzą, że nie darzy on de Bellego sympatią i na pewno jest na liście podejrzanych o próbę zamachu. Rozważając wszelkie możliwości, uznał, że najlepiej wykonać jakiś spektakularny gest przyjaźni. Zdecydował, że odwiedzi "kolegę" w szpitalu.

Traf chciał, że akurat znajdował się w pobliżu. W chwili podania wiadomości o zamachu blokował razem z kolegami farmerami za pomocą traktorów pobliską ulicę. Był to protest przeciw zaleganiu ich ofert na scholandzkim Bazarze. Przed wejściem do rządowego szpitala udał się do kwiaciarni. Wprawdzie kwiaty były w niej troszkę drogie, ale co tam, najwyżej potrąci troszkę lumpom. Niech drą się godzinę krócej następnym razem.

Wszedł do sali Nadina.
-Przyjacielu, jakie nieszczęście Cię spotkało, na pocieszenie przyniosłem..

Nadin krzyknął:

-Ratunku on ma sztylet w bukiecie, ochrona! Chce mnie znów zabić. To on!
Poznaję go po tym młodzieńczym wąsie!!

           Do sali wbiegło dwóch drabów. Strudolf zobaczył po ich minach że nie uratuje go parlamentarny immunitet. To były typy spod ciemnej gwiazdy, których Minister używał na co dzień do wykopywania zwłok na cmentarzu, aby ograbiać martwe dusze z ostatnich zaskórniaków. Przerażony Marszałek rzucił bukiet i drugimi drzwiami, przez dyżurkę pielęgniarek, uciekł z budynku. Wsiadł na swój traktor, i ruszył z kopyta, przez co zyskał trochę na czasie. SSB miała jednak samochody dyżurne pod lecznicą, które na polecenie Nadina z komórki natychmiast ruszyły w pościg. Szczęśliwie dla Marszałka pomogli mu jego koledzy z blokady. Wysypali zboże pod auta ścigających. Co tam. I tak spichlerze pękają w szwach. Jeden z policjantów (poruszający się na koniu), poradził sobie jednak z przeciwnościami i kontynuował pościg. Strudolf, mimo iż nie lubi sportu, i nigdy nie celował, odwrócił się i sięgnął za siebie na przyczepę, niczym Jan Żelezny wziął z fury ziemniaka i celnym rzutem w głowę powalił swojego prześladowcę.

           Nadin de Beli był szczęśliwy z obrotu wypadków. Taka okazja! Strudolf we własnej osobie, pragnący dobić przeciwnika! To byłby tytuł dla mediów! Dowód spisku! Znów pudło. Ale zaraz! Ten bukiet.... bukiecik się spreparuje! Jego draby nie takie rzeczy umiały. W końcu ściągnął paru z nich wprost z Sarmacji, gdzie na zlecenie komunistów zajmowali się fałszowaniem depesz, logów i maili, okradaniem kont bankowych i preparowaniem fałszywych oskarżeń. Tym razem trochę techniki... włożą małą bombkę między łodygi i w ten sposób unieszkodliwi się Strudolfa. Oczywiście w ramach odszkodowania minister otrzyma cały majątek Marszałka. Nadin radośnie się uśmiechnął i pociągnął z ukrytej pod poduszką piersiówki. Pokrzepiony i pełen nowych idei postanowił natychmiast wyjść ze szpitala. Komedia skończona! Nie warto już tracić czasu, i tak za chwila pojawią się nowe, wstrząsające komunikaty o Marszałku-zabójcy! Kto w takiej sytuacji będzie jeszcze pytał, jak bardzo ranny był Markgraf? Jego misterny plan powoli zaczynał się realizować. Minister lekkim gestem przykazał ochroniarzom, by śledzili go z daleka.

           Przeszedł spacerując pobliskimi alejami. Idąc bawił się rozkoszną myślą o upadku Strudolfa i już przeliczał jego aktywa (miał je wszystkie w pamięci, jego ulubioną rozrywką było nieustanne kontrolowanie kont bankowych wszystkich liczących się obywateli). Ale i w takiej chwili nie dane mu było zaznać spokoju. Jakby wszystkich wydarzeń było na dziś mało, nagle z krzaka wychynęła gibka, młodzieńcza postać. Piotr Kalmus, aptekarz, skandalista od mokrych podkoszulków, i niedoszły mistrz Scholandii w skoku o tyczce, wreszcie poczuł, że ma swój dzień. Jego wielodniowe polowanie na Bellego, cierpliwe czaty pod ministerstwem, nieprzespane wieczory pod knajpą "Pasibrzuch" wreszcie zdawały się iść ku końcowi. Kalmus podszedł do zaskoczonego ministra ze strażacką siekierką w ręku:

-Dzień dobry, widzę, że pana głowa boli. Zapraszam NIEZWŁOCZNIE do mojej
apteki. Lekarstwa na pewno panu pomogą. Sprzedam Panu od razu dwie tony najnowszych pastylek wytrzeźwieniowych, za pięć tysięcy arminów, płatne czekiem! Ponadto, jeśli da mi pan na piśmie obietnicę poparcia w parlamencie wniosku o zniesieniu podatków dla sektora zdrowotnego, jestem skłonny dać panu 0,005% zniżki.

Przy tych słowach niedwuznacznie pociągnął palcem po ostrzu siekierki.

Belli poszarzał. Nerwowo rozejrzał się wokoło: "Gdzie moje draby?" - błyskawicą przemknęło mu przez mózg, że po raz kolejny ochroniarze go opuścili. Wszystko przez tą "Pornolandię". Ile razy trasa wypadała obok erotycznej wystawy na rogu Parkowej, jego zbóje nie mogli się powstrzymać i oglądali plakatowe lolitki. Już kilkakroć zgubili przez to swego pryncypała Ale czasu na myślenie nie było. Zdesperowany aptekarz coraz wyraźniej przymierzał swą siekierkę do jego szyi. Belli musiał powiedzieć cokolwiek:

-Akurat nie wziąłem z sobą książeczki czekowej. Ale mogę przyjść do pana za
godzinę.

Kalmus roześmiał się w sposób, który nic dobrego nie wróżył. Ostrze siekierki musnęło brodę ministra.

-Tak długo nie chce mi się czekać. Przecież pana zdrowie WYRAŹNIE jest
zagrożone... musi pan coś łyknąć natychmiast!

Ba dowód bardzo wielkiego zagrożenie zdrowia ministra siekierka lekko stuknęła o jego rudo zdobioną czaszkę.

Belli, znany z obojętnego stosunku do wszelkich świętości, zaczął się w duszy modlić.... Received on Tue 23 Sep 2003 - 09:43:07 CEST

This archive was generated by hypermail 2.4.0 : Fri 10 Jan 2020 - 23:10:35 CET