Tym razem autorką odcinka jest Agnieszka Smoręda. Prowadzi nas ona w mroczne knowania Pierwszego alkoholika Scholandii:-)
Czytajmy!
........
Gdy tylko Kanikov wszedł do pokoju, ujrzał wygodnie leżącego Ministra. Nie wyglądał on już na niedoszłą ofiarę zamachu. Kanikov chciał mu wszystko wygarnąć, wykrzyczeć, że nie miał prawa pić sarmackiego trunku. Przecież picie sarmackich alkoholi w Scholandii było prawie zdradą stanu. Stosunki między obydwoma krajami były niesamowicie napięte. Kanikov jako Minister Spraw Zagranicznych nie umiał temu podołać. Osobiście brakowało mu Bartkiewicza, ten to dopiero umiał Sarmatów przypilnować. A tak Bartkiewicza nie miał i został sam, on, który nie studiował nawet stosunków dyplomatycznych na uniwersytecie. Premier był bardzo zły na Nadina, ale jednocześnie tak zdenerwowany porannym wystąpieniem, że nie powiedział tego wszystkiego, o czym myślał. Wiedział, że to, co wie, może bez problemu wykorzystać przeciwko markgrafowi w razie ewentualnego odejścia ministra z PLI. A wszystko wskazywało na to, że Nadin chce być zdecydowanie kimś więcej niż jedynie Ministrem Finansów. Miał on instynkty przywódcze, a choć przewodził PLI, to w wewnątrz partyjnych kręgach tegoż ugrupowania politycznego mówiło się, że de Belli musi odejść, bo hamuje rozwój Partii. W drodze do szpitala Kanikov intensywnie o tym rozmyślał, ale już wtedy postanowił, że pod żadnym pozorem nie objawi swoich opinii. Tak więc, gdy wszedł do pokoju swojego ministra przywitał się z nim i zapytał o zdrowie. Powiedział także, że jak tylko mu się uda, dostarczy do szpitala koniak scholandzkiej produkcji (Wiadomo było, ze Nadin z lubością wypijał duże jego ilości na Zamku, czasem tak duże, że wynoszono go z narad Rady Koronnej tylną furtką wprost do samochodu). Mówiono o tym nawet na scholandzkich czatach. Nadin zareagował na ofertę Kanikova kwaśnym uśmiechem, ale nic nie powiedział. Premier nie wiedział, co mówić, było oczywiste, że rozmowa się nie kleiła. Zapytał w końcu ministra o budżet. Po minie Markgrafa zorientował się natychmiast, że palnął głupotę, ale już było za późno. Belli widocznie się tym pytaniem zdenerwował i po kilku objaśnieniach dotyczących budżetu zmienił temat. Zapytał swego szefa:
Dwaj politycy PLI pożegnali się i Premier wyszedł. Nadin został sam.
De Belli miał dość rozmowy z Kanikovem. Dzięki Bogu nie wyrzucał mu aż nadto tego Johnny Walkera. Zmęczyło go jednak to wypytywanie o budżet na następny miesiąc, "A co go obchodzi budżet? Zostałem zaatakowany, czy go to nie obchodzi?", Myślał. Nadin, choć zmęczony cieszył się, cieszył się, że jego najtajniejsza intryga nie została wykryta. A na dodatek wszystko może spaść na Strudzińskiego lub nawet Czekańskiego. A może obu naraz? Trzeba tylko podsunąć łatwowiernemu Premierowi hipotezę, że Strudziński działał na zlecenie Czekańskiego i obydwu będzie miał z głowy. Położył się z powrotem na swoim wielkim szpitalnym łożu, w końcu lecznica nie żałowała na swoim pacjentom komfortu. Zawołał jedną z pielęgniarek i poprosił o przyniesienie mu piwa ST. Ulrich, za dużo ostatnio pił sarmackich trunków, przez co groziła mu teraz może nawet utrata stołka. Pielęgniarka po dłuższych namowach zgodziła się przynieść piwo z Królewskich Browarów. Po pięciu minutach ktoś zapukał do drzwi. De Belli zawołał:
Drzwi otworzyły się, lecz przez nie wkroczyła osoba niosąca kufel najlepszego Scholandzkiego piwa.
De Belli nie był zaskoczony wizytą Regana, wręcz przeciwnie. Oczekiwał jej. Jedyne, co go zdziwiło, to fakt, że Redaktor Scholejusa wchodził sobie jak gdyby nigdy nic głównym wejściem. Wiadomo, do pilnowania Ministerstwa specjalnie wyznaczono dziś największych osłów w scholandzkiej policji, ale szpitala pilnowali przecież inni.
Minister Finansów prowadził sobie rozmowę jak gdyby nigdy nic, ze... sprawcą zamachu na niego. Regan był bardzo z siebie zadowolony. Tego dnia na jego konto wpłynęło aż 1000 arminów. Taka suma nie trafia się co dzień przeciętnemu pismakowi. Teraz tylko przeleje pieniądze na konto w Sarmacji i może wyjeżdżać ze Scholandii. Zresztą i tak prowadzenie gazety w tym kraju nie okazało się żyłą złota . Te ciągłe krytyki pod jego adresem! Liczył na to, że jego krytykancka gazeta będzie szalenie popularna, niestety się przeliczył. Najgorsi byli "koledzy" po fachu. Jeździli po nim niemiłosiernie, mówili nawet, że Scholejus to nie jest gazeta. "Ale dziś powinienem się cieszyć, odejdę ze Scholandii bogaty, jednocześnie oddając Strudzińskiemu wilczą przysługę, ciekawe, co on teraz myśli, co napisze w Przekroju? A jak zareagują Res Publica i Przesłaniec?" Regan snuł swoje marzenia, patrząc na Markgrafa. A marzył o zniszczeniu reputacji Strudzińskiemu. To zresztą wyszło mu dobrze, wielu podejrzewało teraz Strudzińskiego o najgorsze. Redaktor Scholejusa zastanawiał się jednak, w jaki sposób zniszczyć jeszcze Smorędę. Ta idiotka nie była zbyt miła dla jego gazety. "Teraz pora na nią", mówił sobie w duszy Regan., "Jeszcze nie wiem, jak, ale to zrobię, pożałuje, że się w ogóle urodziła".
Nadin szybko odstawił piwo, które właśnie spożywał.
Kroki były coraz głośniejsze. Nadin i Regan siedzieli w milczeniu. Ani jeden, ani drugi nie mięli pojęcia, co zrobić. Co zrobi pielęgniarka, jak ich zobaczy? W końcu, na niecierpliwy gest ministra, Regan zniknął pod jego szerokim łożem. Received on Sun 21 Sep 2003 - 13:29:01 CEST
This archive was generated by hypermail 2.4.0 : Fri 10 Jan 2020 - 23:10:35 CET