A teraz zapraszam do lektury naszego thrillera:-)
Następny dzień był w Scholopolis zwykłym dniem roboczym. Naturalnie dla tych, którzy tę robotę mieli. Stałą albo dorywczą tych drugich było więcej. Jadąc około drugiej po południu do siedziby swego Ministerstwa Nadin de Belli zobaczył dwóch wynajętych na godziny przez Marszałka Strudzińskiego lumpów, którzy wytrwale trzymali skierowane przeciw niemu hasło: "Rude łapy precz od "Przekroju". Stali tak codziennie, już od tygodnia, zawsze od samego rana. Biedak Strudel, w świętym oburzeniu na kapitalistów i libertynów przeliczył się z czasem i zapłacił im już od rana za tę demonstrację. Sam przecież wstawał na poranne Godzinki już o piątej, oceniał więc swych adwersarzy po sobie, podczas gdy, znając obyczaje Markgrafa Belli, wystarczyło przyjść lekko po pierwszej. Ale niech się cieszą z tych dodatkowych 50 iwonek! (Hrabia-Marszałek, Minister i Redaktor w jednej osobie nigdy nie był zbyt hojny). Co jednak ciekawsze, tym razem lumpy nie stały same. Obok nich można było dojrzeć obdartego i bosego człowieka, najwyraźniej dawno już nie oglądającego ani jednego armina, niedożywionego, o dziwo jednak trzymającego w ręku jedyną nie płatną jeszcze w Scholandii gazetę - "Przekrój". Niektórzy mijający tę grupkę ze zdziwieniem spoglądali na obdartusa, czyżby go sobie skądś przypominali? Faktycznie, jego twarz wydawała się znana, niektórym bardziej obeznanym w polityce nagle pojawiały się na twarzy objawy prawdziwego zdumienia: toż to Kanclerz Sarmacji, osławiony Robert Czekański! Znany był fakt, że przebywa on nielegalnie - bo bez prawa pobytu - w Scholandii, nie wiedzieć dlaczego nie zmuszany przez władze do opuszczenia kraju. Nie wiadomo było, jak się żywi, w końcu nie w zamkniętej na głucho ambasadzie sarmackiej. Może miał jakiś cichych przyjaciół? Po co w ogóle tu stał? Czyżby nie miał pracy w Sarmacji? Ale przecież: był właśnie na urlopie i jak zwykle spędzał go tam, gdzie mógł spodziewać się, że wywoła najwięcej zamętu. Dla sarmackiego arystokraty i z Bożej Łaski Bismarcka wirtualnego świata była to ulubiona forma spędzania wolnego czasu. Mniejsza o to, teraz stał obok lumpów Strudla z "Przekrojem" w ręku, zaczytując się w sensacjach scholandzkiej polityki. Od czasu do czasu głośno dołączał się do ich przećwiczonych okrzyków; z silnym sarmackim akcentem wyrażał swoje niezadowolenie z Redakcji "Przeglądu", która przez wprowadzenie opłat uniemożliwiła mu czytanie swego tygodnika. Nadin de Belli obojętnie minął grupkę, szyderczo skinąwszy głową Czekańskiemu. Widok demonstrantów już mu spowszedniał, pisma kanclerza od dawna służyły za podkładkę pod Johnny Walkera. Protesty cudzoziemców tylko świetnie go bawiły a i w kraju Markgraf nigdy nie przejmował się zbytnio protestami przeciw swej polityce. Bał się tylko Zamku i jego Mieszkańca, który podobno umiał dość dosadnie wyrażać swoje zdanie w wąskim gronie. Nadin wszedł już na schody, wiodące do głównego wejścia, już uśmiechnął się protekcjonalnie do ochroniarza budynku, gdy nagle zza filara frontonu wyskoczył młody człowiek z nożem. Błyskawicznie rzucił się on w stronę ministra i na oczach protestującej grupki wzniósł rękę z nożem traperskim i zadał mu cios w samo serce. Dał się słyszeć dziwny dźwięk, jak gdyby coś pękło, koszula ministra zabarwiła się na brązowo. Nadin de Belli upadł, ciężko dysząc. Zamachowiec został obezwładniony przez dwóch ochroniarzy, wezwana służba bezpieczeństwa. Ministra, zalanego rudobrunatnymi kroplami, przytomnego, lecz zszokowanego atakiem, na sygnale odwieziono do rządowej lecznicy.
W krótkim czasie po całym Scholopolis rozdzwoniły się telefony rządowe, radio przerwało zwykły program, aby podać wiadomość o zamachu. Bo też była to wiadomość szokująca. Królewskie Miasto przeżyło już pucze, rewolucje i bunty, nigdy jeszcze jednak nie dopuszczono się próby zabójstwa polityka. Wydarzenie dnia było tak niezwykłe, że wywołało dziwne reakcje: znający się ludzie patrzyli na siebie z niedowierzaniem, i pytali, jak to możliwe. Czyżby znane w wirtualnym świecie opanowanie Scholandczyków było kolejnym mitem propagandowym? Received on Wed 17 Sep 2003 - 07:25:40 CEST
This archive was generated by hypermail 2.4.0 : Fri 10 Jan 2020 - 23:10:34 CET