Filip von Schwaben
POWIESC (na razie) BEZ TYTUŁU
Mrok już od dwóch godzin ogarniał słabo oświetlane zaułki w pobliżu Placu Mendla. Uliczkami przemykali się ostatni przechodnie. W tych rejonach i tak nigdy nie było nadmiernego ruchu. To Stare Miasto Scholopolis, lecz daleko od największych turystycznych atrakcji. Tylko nieliczni interesanci ambasad wirtualnych państw zaglądają tu, ale przecież w porach urzędowania. Teraz, po dziesiątej wieczorem mało kto miał tu jakikolwiek interes. Wieczorna cisza pozwalała dyplomatom na oścież otwierać okna, nic nie przeszkadzało im w odpoczynku i lekturze raportów i instrukcji. Lecz jednak... na tyłach ambasady Dreamlandu, gdzie znajdują się wiecznie zamknięte stalowe drzwi w murze, coś zgrzytnęło. Dozorca delikatnie otworzył drzwi i zamarł w czujnym oczekiwaniu. Najwyraźniej czekał na kogoś, kto miał nadejść. Po niedługiej chwili dał się słyszeć delikatny szum motoru cicho jadącej limuzyny. To był nie najnowszy, lecz bardzo solidny model Schola, dumy scholandzkiej motoryzacji. Jego znaki rejestracyjne nie były oświetlone... gdyby się przyjrzeć, chyba nawet czymś zamazane. Czyżby ktoś zamożny, ale unikający rozgłosu umówił się na spotkanie z markizem Wewiórą, ambasadorem sojuszniczego Królestwa Dreamlandu? Ale dlaczego w takich okolicznościach, kiedy kontakty z Dreamlandem mile są w Scholandii widziane? Choć... wiele mówiono o pozycji Wewióry, która znacznie podobno wykraczała poza jego oficjalne funkcje: Prezesa Sądu Królestwa Dreamlandu i Ambasadora w kraju sojuszników. Byli tacy, którzy twierdzili, że swoisty duumwirat Wewióra - Reichenau (scholandzki potentat medialny i swego czasu Minister Spraw Zagranicznych) znacznie więcej umie zrobić i przerobić w świecie wirtualnych państw, niż się to powszechnie przypuszcza. Byli tacy, którzy oskarżali obu panów o spisek (mniejsza o to, czy masoński), inni twierdzili, że obaj zrobili niesłychany majątek na doprowadzeniu do scholandzko-dreamlandzkiego sojuszu. Teraz jednak Reichenau przebywał w szpitalu po ciężkim wypadku, efektywna współpraca obu panów z konieczności została przerwana. Zresztą ci dwaj nie kryli się ze swoją przyjaźnią i odwiedzali za dnia, czy to w MSZ-cie, czy w Ambasadzie. Kto więc ma tu interesy o takiej porze i tak usilnie dba, by nie zostać rozpoznany? Czy zaczyna się kolejna intryga, która zakończy się spektakularnym politycznym grzmotem?
Człowiek, który wysiadł przy furtce, najwyraźniej znaczył znacznie więcej, niż jego wóz na to wskazywał. Można to było rozpoznać choćby po uprzedzająco grzecznych ruchach szofera, który w sekundę po zatrzymaniu już otwierał mu drzwiczki samochodu, jak dobrze zaprogramowany robot. Gdy lekko szpakowaty mężczyzna średniego wzrostu, na oko może około czterdziestki, przekroczył furtkę w murze, dozorca skłonił mu się z szacunkiem i natychmiast zamknął ją na klucz. Z wnętrza ogrodu dało się słyszeć stłumione powitanie... czy to był glos samego ambasadora? Samochód odjechał, tak jak się pojawił. Tymczasem w oknach salonu ambasady zapłonęło światło.
**
Markgraf Nadin de Belli, Minister Finansów i szef Partii Ludzi Inteligentnych, z zadowoleniem zatarł ręce. Oto udało mu się domknąć kolejny budżet. Spory deficyt nigdy zresztą nie martwił teoretyka deflacji, z lubością powtarzającego swoją mantrę o konieczności udrożnienia systemu monetarnego. Niemniej niechętne pomruki, dochodzące z Zamku przy każdym kolejnym wywiadzie rozmownego Ministra oraz ostra krytyka ze strony konserwatywnych kół zgrupowanych wobec "Przekroju" kazała mu wciąż dbać o pozory. Tym razem jednak udało się nadspodziewanie i bez większych cudów na papierze. Belli ograbił właśnie kilkanaście martwych, a całkiem zamożnych dusz, które nie pozostawiły testamentu, teraz z prawdziwą przyjemnością wpisywał ich mienie po stronie dochodów państwa. Po wczorajszym sukcesie w postaci wprowadzenia systemu opłat do pierwszej gazety ("Przeglądu"), a tym samym zapewnieniu państwu podatków także ze sprzedaży mediów, Belli był już pewien, że w Parlamencie nie będzie dużej opozycji. W razie czego pozostawało zawsze nie wypłacenie kolejnej pensji urzędnikom i zaoszczędzenie paru tysięcy albo opodatkowanie aptek, właśnie zaczynającej swoją karierę nowej dziedziny gospodarki. Ale w tym miesiącu nie będzie to potrzebne - także z Bazaru (giełdy towarowej) nadchodziły dobre wieści - boom budowlany spowodował nie widziane dotąd zakupy i szykował się pokaźny zastrzyk podatkowy do kasy państwowej. Nadin de Belli mógł już całkiem realnie żywić swoje osobiste ambicje. Z rozkoszą dobrze nakarmionego kota, lekko mrucząc, rysował na kolejnych kartkach swój herb: "Mieszek" w otoczeniu książęcej mitry. Pozostawało mu tylko jeszcze przekonać Zamek, że trwająca miesiącami stagnacja w rozmowach o ustaleniu kursów walut pomiędzy państwami to nie zaniedbanie ani porażka, lecz właśnie wielki sukces. "My som my, i piszem się my" - powtarzał sobie półgłosem Ojciec Scholandzkiego Izolacjonizmu, kończąc lewą fałdę książęcego płaszcza na papierowym herbie. Może jednak będzie musiał coś rzucić temu upartemu Szwabowi na zamku, pomyśli się o tym jutro. Jakiś niby koszyk walut, jakieś "wstępne porozumienie" o zamierzonym spotkaniu i może się odczepi. Teraz tylko przebrnąć przez Parlament z najlepszym budżetem w dziejach. OK., na dziś wystarczy. Belli wypił siódmy kieliszek Johnny Walkera, przygładził swoje rude loki i chwiejnym krokiem poszedł w stronę swojej sypialni. Nie miał się do czego spieszyć - i tak była pusta. Od czasu sarmacko-komunistycznych oszczerstw na temat moralności członków rządu Anike of Lebland, jego tajna Pocieszycielka, musiała zamieszkać na prowincji. Bynajmniej nie dlatego, że liberalny Belli bał się krytyki swojego prywatnego życia, o nie. Anike była Leblandką, nielegalnie przebywająca w Scholandii, a to już, wywleczone przez media, mogło zwichnąć karierę ministra. Zatem Prześwietny Markgraf odwiedzi swą ukochaną pod koniec tygodnia, gdy już zapcha pysk niezrównoważonemu Strudlowi i obłaskawi króla. Teraz... spać, do południa! Nikt w Ministerstwie Finansów nie ośmieli się pobudzić szefa wcześniej.... Received on Tue 16 Sep 2003 - 12:15:12 CEST
This archive was generated by hypermail 2.4.0 : Fri 10 Jan 2020 - 23:10:34 CET