Najwięcej emocji wzbudził chyba następujący fragment mojego tekstu odnoszący się do Baridasu: "Że krainę tą zamieszkuje przeważnie robactwo - to wiemy". Moi oponenci prawdopodobnie zrozumieli, że postawiłem w tym miejscu znak równości pomiędzy pluskwiakami a Baridajczykami, stąd zapewne głosy oburzenia wobec moich rozmyślań nad różnymi sposobami eksterminacji tych pierwszych. Najwyraźniej umknęło ich uwadze słówko "przeważnie", które wedle mojego zamysłu miało podziałać na czytelnika w taki sposób, aby oczyma wyobraźnie zobaczył on grupkę obywateli Baridasu otoczoną przez mrowie radośnie zacierających szczękoczułki pluskwiaków. Wychodziłem bowiem z założenia, że wszelki owad występuje w przyrodzie zazwyczaj w ilościach hurtowych. W moim przekonaniu jest to wizja raczej niewinna, a przy tym dzięki pewnej dozie groteskowości chwilami dość interesująca, przynajmniej dla mnie. A więc albo koncept mało trafny, albo publika niezbyt bystra. Dla spokoju własnego sumienia (jako człowiek daleki od rzucania bezpodstawnych oskarżeń) i snu (jako publicysta, który swą wizję świata buduje na niezachwianej wierze w dobrą wolę i wyrobienie czytelników) wierzyć wolę, że wina leży jednak po mojej stronie.
Na płaszczyźnie stricte merytorycznej spieracie się ze mną Państwo w kwestii moich poglądów na baridajską konstytucję. Pekosław Wspaniały powiada tak: "Konstytucji jak na razie nie ma, bo na razie nie jest potrzebna."
Jeżeli jako obywatel Baridasu nie odczuwa Pan potrzeby uchwalenia ustawy zasadniczej, to wszystko pięknie i faktycznie nic mi do tego. Mam jednak wrażenie, że nie do końca rozumie Pan rolę, jaką konstytucją pełni nie tylko w życiu i funkcjonowaniu samego państwa, ale również obywateli.
Patryk Bit powtarza swoje wcześniejsze argumenty: " Dalej Pan nie rozumie :) Nie zna Pan klimatu Baridasu i z takim podejsciem nigdy Pan nie zrozumie. I powtorze za jednym z Baridajczyków "Mnie jako obywatela Baridasu wcale to nie oburza, więc pana redaktora też nie powinno." I kolejna powtórka tym razem moich słów: "Pozatym czyż Konstytucja jako ustawa zasadnicza, najwyższy akt prawa w państwie nie powinno przyjąć jak najlicznieszje grono Obywatelii? Wystarczy tak o tym pomyśleć."
Po kolei: wcale mnie to nie oburza, a jedynie zastanawia. Klimatu Baridasu rzeczywiście nie znam, ale chyba powoli zaczynam go poznawać. Co do argumentacji samego Patryka Bita: powszechnie przyjętym rozwiązaniem jest, że to nie obywatele, a specjalnie do tego powołany organ przygotowuje i uchwala konstytucję w przewidzianym w tym celu trybie. Obywatele, jeżeli tak stanowi prawo, mogą wyrazić swoją aprobatę bądź dezaprobatę w referendum. Tak więc, jeżeli tak na to spojrzymy, pomiędzy uchwaleniem konstytucji a "najliczniejszym gronem Obywateli" nie zachodzi żaden związek. W warunkach wirtualnych konstytucję można poddać pod referendum w dowolnie wybranym momencie.
Zresztą sam argument mówiący o wymogu uzyskania dla konstytucji poparcia jak największej liczby obywateli zupełnie mnie nie przekonuje. Jak określić ową liczbę w warunkach wirtualnych? Czy będzie to dziesięć, pięćdziesiąt, tysiąc? A jeżeli aktywnych obywateli będzie, powiedzmy, pięciu? Czy oznacza to, że konstytucja jest niepotrzebna? Czy państwo, które nie posiada ustawy zasadniczej, jest tworem poważnym? Czy, nie posiadając podstawy ustrojowej w postaci aktu prawnego o najwyższej randze, takie państwo w ogóle może być wiarygodnym partnerem na arenie międzynarodowej? Z całym szacunkiem, ale Baridas jednak nie jest Anglią.
Pora rozprawić się z pluskwiakami, po części zrobiłem to już wyżej. To nie
pluskwiaki są głównym bohaterem mojego tekstu, tak jak nie jest nim
motylica wątrobowa, ani tym bardziej ewolucja. Sam zaś Baridas jest co
prawda jednym z ważniejszych wątków "Motyla, motylka, motylicy wątrobowej",
ale nie jest wątkiem dominującym. Najwięcej miejsca poświęciłem jednak
Dreamlandowi.
Pluskwiaki miały posłużyć mi jako swego
rodzaju kuriozalny ozdobnik, jednak jak się teraz okazuje z przystawki
stały się one daniem głównym. Przyznaję, jest w tym nieco mojej winy.
Pekosław Wspaniały zarzuca mi nienawiść, Ari-Quekka Vertonen twierdzi, że rzucam obelgami. Mocne słowa, mocne i niesprawiedliwe. Najbardziej zastanowiła mnie jednak wypowiedź osobnika zwącego się Eryk. Senor Eryk lubi dyskutować konkretnie i od razu, bez żadnej, zbędnej przecież zabawy w cytaty, z podziwu godną gracją i lekkością baletnicy zauważa, że swoim artykułem "sięgnąłem dna". Wypadałoby jakoś zaprotestować, zdobyć się na jakaś polemikę. Tyle tylko, że sama myśl o wdawaniu się w dyskusję z osobą, która nie jest w stanie odróżnić autora od autorki, co pozwala żywić poważne wątpliwości co do tego, czy wie ona jakie jest w istocie meritum sprawy - dziwnie jakoś męczy.
Pozdrawiam,
Medgar de Rama
Received on Wed 05 Jan 2005 - 10:34:33 CET
This archive was generated by hypermail 2.4.0 : Fri 10 Jan 2020 - 23:09:57 CET