Co mi tu kolega za michalki proponuje?
Kreslac ostatni akapit swego listu domyslalem sie, ze swa jeremiada naraze sie na podobne komentarze: prztyczki, zaprawione stosowna porcja flegmy i jadowitego cynizmu bywalca salonu. [Dwa lata temu w podobnym tonie odpowiadal mi Marcin Kamola.]. Bodziec bezwarunowy wywolal spodziewana reakcje.
Wybatozyl mi zatem Kolega posladki, wybatozyl z usmiechem na ustach. Zrobil ze mnie Minister Svoboda zdemencialego dziwolaga, zywcem jakby zaimportowanego z epoki wiktorianskiej. Informuje, ze regularnie wychylam sie przez balkon, cierpliwie obserwuje otoczenie i robie obszerne notatki.
(I)
Artur Sandauer ("Czas to pieniadz", "Odrodzenie" 1946 nr 67) wyliczyl siedem podstawowych chwytow polemicznych wchodzacych w zakres arsenalu kazdego przytomnego dyskutanta. Z tych siedmiu sztuczek zastosowal Kolega, swiadomie lub nie, przynajmniej trzy.
Na moj zarzut, iz zabawa w gierki w gatunku elastomanii stanowi zajecie raczej malo powazne, drogi Kolega funduje mi cala litanie usportowionych politykow (prezydent Litwy, premier Japonii, krol Hiszpanii, prezydent Rosji). To tzw. chwyt nr 5., czyli >Z glupia frant< i nr 6. >Palcem w oko<. Podchodzi mnie Kolega z innej strony, udajac, ze niczego nie rozumie. Czy wszystkie te dyscypliny sportu (judo, karate, wyscigi konne etc.) maja jakikolwiek wspolny mianownik z czynnosciami przeze mnie krytykowanymi? Czy poza wspolna, wyjatkowo w naszym przypadku niefortunna, nazwa (sport) mozna tu, w Dreamlandzie, kreslic jakiekolwiek paralele? (Na dalsza czesc wywodu pozwolilem sobie zakladajac arbitralnie, ze Kolega w swym napastliwym poscie broni okreslonego pogladu, a nie samego siebie).
Obserwujemy w postawie Kolegi pewien zrozumialy i czesto obserwowalny mechanizm pscyhologiczny. Czy nigdy nie zastanawialismy sie nad prawdziwym sensem ciaglych komunikatow na temat wyczynow sportowych tego czy innego dygnitarza? Kwasniewski z rakieta tenisowa, Putin z czarnym pasem, w czapce czolgisty. (Swoj chlop, ten Putin. Zakwasy mu sie porobily, a on nic sobie z tego nie robi.) Czy podkreslalibysmy cos, co w glebi ducha uwazalibysmy za zupelnie normalne?
Inna to juz rzecz, ze w zadnym miejscu swojego wywodu nie zaznaczalem, ze politykiem moze byc tylko osobnik bedacy krzyzowka Kanta i angielskiego lorda. Swoje wyobrazenie w tej materii zawdzieczam lekturom innym niz dialogi Platona czy pisma romantykow niemieckich. Nie jest dla mnie polityk neurotycznym medrcem, pielegnujacym w zaciszu profesorskiego gabinetu swe sterylne koncepcje.
Na okrase wymienia Kolega naszego eMBe, drugiego krola Dreamlandu. Argument malo dla mnie czytelny, pograzajacy raczej jego autora. To ja do dobrej restauracji przychodze, a Kolega mi zasmazane kartofle na talerzyku przynosi? Otoz wlasnie eMBe otwiera dluga liste luminarzy dreamlandzkiej polityki, ktorzy z wielkim powodzeniem realizowali sie na tzw. plaszczyznie sportowej. Inna, rownie popularna forma podnoszenia sobie poziomu adenaliny, byla zabawa w Gielde Papierow Wartosciowych. Koncze w tym miejscu, unikajac enumeratywnego zestawienia dziedzin, ktore - przynajmniej w ksztalcie proponowanym w Krolestwie - w moim prywatnym odczuciu nie przynosza chwaly spalajacym sie w nich funkcjonariuszm publicznym.
(II)
Z wywodu kolegi Svobody wynika nastepujacy wniosek: W Dreamlandzie zawsze bylo jednakowo ciemno i glupawo, pod czarnym sloncem Wiecznej Niedzieli lud poscil intelektualnie przez lata cale, co przejawiac sie mialo w unikaniu tematow bardziej ambitnych, zas poczciwy de Brolle, nieszczesliwy kapucyn zamkniety w swej kamiennej wiezy, cos tam wtraca niewyraznie, kreslac metna apoteoze minionej >wzglednej swietnosci< (tak wlasnie napisalem), co stanowic ma niezbity dowod na jego (tj. nizej podpisanego) demencje.
Tak sie sklada, ze w mocno symbolicznym tekscie ("Zamkek z piasku", OKNO nr 21) jego autor prezentuje sie czytelnikowi jako zwolennik pogladow, ktore w zarysie wylozylem w poprzednim liscie. Rzecz w tym, ze Ty dostrzegasz w Dreamlandzie jakas linie rozwojowa, wokol ktorej oscyluja dzialania kolejnych malych generacji naszych wspolobywateli. Osobiscie blizszy jestem tezie, ze rok 2004 przyniosl niespotykana dotad stagnacje. I nie idzie tu jedynie o subiektywne odczucia. Do tematu jeszcze wroce.
Mowimy o tym samym, choc poslugujemy sie innym jezykiem. To koeljny, chwyt opatentowany przez Sandauera.
Ostatniego akapitu komentowac nie bede. Od nadmiaru jadu, ktora mi tam Kolega pod skore wstrzykuje, bable mi na nogach wyszly i w maratonie udzialu juz chyba nie wezme. Zostal tylko motor. I elastomania.
Amen,
Jacques de Brolle
This archive was generated by hypermail 2.4.0 : Fri 10 Jan 2020 - 23:09:56 CET