> Jeśli nas pozostało rapem piętnaście czy dwadzieścia osób... dzielenie się
> na prowincje, partie, czy co tam jeszcze i wzajemne zwalczanie raczej nie ma
> dużego sensu. Ktokolwiek nie wygra w takim starciu - wszyscy na tym
> stracimy.
Nie chcę się wtrącać w wewnętrzną dyskusję, ale mam taką skromną obserwację
natury ogólnej (ogólnomikronacyjnej przynajmniej), którą jako
przedstawiciel pań-
stwa na dalszym stopniu rozwoju (tak dialektycznego jak i ewolucyjnego
– jeśli KD
jest obecnie burżuazyjno-monarchistycznym czerwonym olbrzymem w schyłkowej
fazie, to proletariackie MW już od dawna pozostaje mgławicą
planetarną[1]) chętnie
się podzielę. Otóż, drogi towarzyszu Estreicher, jest zupełnie
odwrotnie – kiedy spoÅ
‚eczność mikronacji przestaje siÄ™ dzielić na prowincje, partie, czy co
tam jeszcze,
to jest to początek końca, a przynajmniej głębokiego dołka.
Oczywiście, w sytuacji
kiedy jest jeszcze mniej więcej znośna aktywność w państwie, człowiek chciałby
jedności, braku podziałów i temu podobnych mrzonek, a tych którzy dzielą, kłócą
się i spierają ma za groźnych wichrzycieli. Kiedy jednak pozbędziemy
siÄ™ tych, ktorzy
"mącili", okazuje się że nie ma o co się spierać, ergo: nie ma
polityki. A to ona
pozostaje jednak najważniejszym elementem mikronacji, zdecydowanie przeważa-
jącym nad kulturą, "sportem", czy innymi składowymi.
Raz jeszcze podkreślam, że nie mam tu na myśli żadnych konkretnych wydarzeń z Dreamlandu – pisze to na podstawie doświadczeń wandejskich i obserwacji z innych państw.
[1] Zdaję sobie sprawę z ch.jowości (u Was się pisze grzecznie, tak?)
porównania,
ale jakoś tak mi się skojarzyło :)
-- Alojzy PupkaReceived on Sat 22 May 2010 - 12:06:57 CEST
This archive was generated by hypermail 2.4.0 : Fri 10 Jan 2020 - 23:10:06 CET