> Widzę, że okres kwarantanny poza granicami naszej umęczonej ojczyzny
> wyostrzył Panu dowcip.
I właśnie w kategoriach dowcipu proszę cytowane słowa traktować. Wydawało mi się, że cała reszta z moich ostatnich wypowiedzi, nawet w kontekście podejrzliwej postawy Republikanów, może być uznane za dość wartościową merytorycznie...
> Nie wszyscy podzielają Pańskie zdanie. Bodaj w każdej kolejnej
> rozmowie z
> którymś z naszych zagranicznych partnerów słyszę, że Królestwo
> Dreamlandu
> pozostaje niedoścignionym wzorem praworządności i krynicą obyczaju
> politycznego. Przed kilkoma dniami mieliśmy okazję przeczytać na tej
> liście
> kilka ciepłych słów na temat neutralności światopoglądowej jako
> istotnego
> rysu naszego systemu politycznego. Z kolei wczoraj czytałem laurkę
> pod adresem
> naszych instytucji demokratycznych. Narzekamy na niedostatki naszego
> parlamentaryzmu? I słusznie. A jednak gdzie indziej jest jeszcze
> gorzej. Dużo
> gorzej.
Nie neguję ani tego, ani praworządności i trwałości obyczaju politycznego w KD. Myślę, że liczba zagranicznych apologetów naszego porządku przekracza liczbę obywateli Dreamlandu. Natomiast - co chyba zdążyłem już kilkakrotnie powtórzyć na tej liście - nadmierne przywiązanie do istniejącego systemu prawnego i posunięta do absurdu wierność tradycji są dla mnie zagrożeniem dla autentycznej demokracji. Podobnie, jak (dziwię się, że muszę to powtarzać) "neutralność światopoglądowa". Społeczność bez światopoglądu, ustrój bez zmian, polityka bez polityki - tak to niezmiennie z mojej perspektywy wygląda.
> W ramach swobody wypowiedzi można na tej liście wyartykułować każdą
> opinię, również tę niepochlebną na temat atmosfery domu, w którym
> przyszło nam żyć. Jako Dreamlandczycy – mamy do tego prawo. I z tego
> przywileju Pan dziś, jako apatryda, chętnie korzysta, na lewo i prawo
> udzielając porad i wskazówek z zakresu socjotechniki, wchodząc przy
> okazji w
> buty wyrozumiałego Demokraty, ex-dysydenta, któremu w poprzednim
> wcieleniu
> przetrącono kręgosłup przy próbie nawrócenia plemienia reakcjonistów
> zza
> rzeki.
Nie nawiązuję do tych wydarzeń. Staram się raczej korzystać z wcześniejszych doświadczeń związanych z KD. Jeśli moja opinia w kwestii Armii jest przez władze Królestwa niepożądana, nie czuję wielkiego przymusu publiczngo wyrażania jej. Odczuwam po prostu sympatię dla pomysłu Mateusza, jednocześnie widząc, że zupełnie nie został on osadzony w kontekście tego, czym Armia dotąd była i nadal jest.
Nigdy nie przedstawiałem się też jako dysydent. Jak za dysydenta może uchodzić ktoś, kto dysponował Rządem i parlamentarną większością?
> A przecież nie dalej jak w grudniu odchodził Pan z Królestwa z
> etykietką jednego z większych autokratów w tej części świata, rozmówcy
> niezdolnego do zawarcia kompromisu, polityka mającego z mechanizmami
> demokracji
> raczej niewiele wspólnego i – czego dowodzi raptowna rezygnacja z
> funkcji
> szefa rządu – niekoniecznie odpowiedzialnego.
Przypisaną przez?... Przez Republikanów? Rozpisał Pan jakąś ankietę?
Panie Premierze, popełnia Pan ten sam błąd, co ja - pod koniec mojego politycznego zaangażowania w KD. Człowiek, który stworzy wokół siebie polityczne środowisko, będzie utrzymywał kontakty z cudzoziemcami (a do tego, nie daj Wanda, wygra wybory parlamentarne) zacznie czuć "atmosferę" panującą w społeczeństwie albo i nawet "przeczuwać" "opinię" "większości". Rzecz w tym, że niemal wszystkie takie przeczucia są projektowane bądź podbudowane doraźnymi komentarzami. W warunkach rozkładu społeczeństwa wirtualnego nie ma "większości", nie ma nawet "historii" czy "wydarzeń politycznych" - jest tylko głos (czasem pomnożony na grupę kilkunastu obywateli - więcej w KD nie ma), który pojawia się i znika w niekontrolowanym zupełnie tempie, chociaż można w mniejszym lub większym stopniu wpłynąć na jego wywołanie. Właśnie tym pozostaje Dreamland - ze swoim prawem, tradycją, instytucjami i szczątkami życia politycznego - głosem, internetowym fenomenem, ale nie społecznością. Kategorie, z których ja próbowałem korzystac, a Pan teraz korzysta, na nic się nie zdadzą. Rozumiem już, że w tych warunkach w mówieniu o demokracji wirtualnej jest zawsze sporo ironii - tak samo, jak w mówieniu o monarchii, etc.
> Przy całej mojej sympatii do
> Pana - grudniowe wybory i powstanie Klubu Republikańskiego to jedna
> z reakcji
> na numer, jaki nam Pan w listopadzie wykręcił. Bądźmy poważni - bliżej
> Panu do Ceaucescu niż do Havla.
Wtedy twierdził Pan inaczej. Nie byłbym skłonny przedstawiać powstania Klubu w takim uproszczeniu... Ale w zasadzie mi to schlebia. Przy okazji - ani Havla, ani Ceaucescu nie trawię.
> I z innej beczki. Zdecydował się Pan sięgnąć po środki alternatywne,
> podając rękę mundurowym i sięgając po formułę „obywatelskiego
> nieposłuszeństwa”? Proszę bardzo, ale darujmy sobie teraz deprymujące
> uwagi pod szyldem: „Gdzieś w trakcie mi się odechciało i odszedłem z
> KD”. Bo obywatelskie nieposłuszeństwo to coś więcej niż odwołany skecz
> objazdowej trupy teatralnej. Wiarygodność to podstawa.
Po pierwsze - nie podawałem ręki mundurowym, bo od dawna się z nimi za ręce trzymałem. Po drugie - przepraszam, jeśli w tych słowach nie dało się wyczuć sarkazmu.
Prawda jest taka, że bezpośrednim "triggerem" do zarzucenia obu pomysłów - reform przez Rząd i "puczu" - była dyskusja z Martinem. O czym już zresztą wspominałem.
Zresztą - najpierw zarzuca mi Pan brak odpowiedzialności, potem w ten brak zdaje się nie wierzyć (albo kpi z niego). Ale z takim "brakiem odpowiedzialności" mamy do czynienia w całym v-świecie od bardzo dawna - za każdym razem, gdy pojawia się pomysł radykalnych zmian. Nie tylko Nagisa, Estreicher i Neumann; nie tylko Eryk i Morfeusz; a tak różne osoby, jak Radetzky, Ivo, Khand i Kościński (tak, on też rzucał obywatelstwem) i niezliczona liczba innych Sarmatów/Wandejczyków, a wszyscy Scholandzcy nibydysydenci? Cały ruch migracyjny, ta grupa "bezpaństwowców" czy "wielopaństwowców", która teraz trochę zamarła, opierała się właśnie na tym, że pewne wirtualne niepowodzenia (rozczarowanie społecznością, kłótnię ze znajomymi/przyjaciółmi, popsutą reputację) odebrała najzupełniej realnie. To ludzie, którzy nie byliby odpowiedzialnymi politykami według realowych kategorii. W świecie wirtualnym odpowiadają za to (tak sadzę) realnym doświadczeniem na i za poważne doświadczenia w wirtualnej społeczności. Nie można zapominać o drugim planie. Czasem nie o brak odpowiedzialności chodzi, a o brak dystansu; i do dziś mam wątpliwości, czy to w każdym wypadku naganne. W moim zapewne tak.
Ale proszę zauważyć - nie wywierałem na nikim nacisków, nie zabrałem ze sobą stron, jedynie złożyłem urząd i odstawiłem "przeintelektualizowaną" szopkę na LDKD (którą każdy mógł automatycznie przekierowywać do spamu). Następca na stanowisku premiera znalazł się od razu. A mimo to konsekwencje ciągną się za mną do dziś, chociaż (inaczej niż np. pewien anonimowy minister) nie kandyduję, nie ubiegam się, nie zakładam i nie współpracuję.
> Jeśli czuje się Pan zresocjalizowany, wewnętrznie przemieniony i
> ubogacony,
> proszę do nas wrócić.
W życiu :)
> W czasie wolnym od sprawowania usług
> kaznodziei-neofity proszę jednak przynajmniej spróbować rozgryźć ów
> beznadziejnie dialektyczny dylemat, iż między szlachetną teorią,
> którą na
> potrzeby publicystyki możemy generować w terabajtach danych, a
> praktyką,
> która sprowadza się do niespektakularnej i otępiającej harówki w
> warunkach
> braku chętnych do roboty, zieje głęboka i często nieprzekraczalna
> otchłań
> przepaści. A gdzieś tam, na dole – przeraźliwa nuda.
Między innymi dlatego - ale nie tylko dlatego - nie mam zamiaru wracać. Nie wierzę po prostu w efekty tej harówki. Nie wydaje mi się, żeby cała - ciężka, niewdzięczna, potrzebna - praca Republikanów w jakikolwiek sposób ożywiła KD. Może coś zmieni się z Systemem Gospodarczym - na chwilę i na niedużą skalę.
Problem w tym, że Pan widzi moje rozważania o v-świecie jako teorię "dla teorii" czy, co gorsza, "dla zabawy". A ja, niestety, naprawdę uważam, że potrzebujemy zupełnie innego pomysłu na mikronacje. Dodatkowo - zdaje mi się, że najciekawsze (lub, jak kto woli - jedyne aktywne) dyskusje na tej LDKD od bardzo dawna toczą się wokół krytyki pomysłów.
Przepraszam, jeśli wszedłem w kaznodziejski lub protekcjonalny ton - zdawało mi się, że moje zdanie w kwestiach związanych z armią (a wcześniej - z własną osobą i rzekomym "puczem") może być istotne i pożądane, chciałem je wyrazić możliwie łagodnie, ale jasno. Proszę przy okazji powiedzieć - jak ten fragment o "szlachetnej teorii" ma się do moich ostatnich wypowiedzi? Wydawało mi się, że uprawiam całkiem konstruktywną krytykę.
> Doceniając Pańską wiedzę, doświadczenie i dar obserwacji pozwolę sobie
> sformułować uprzejmą prośbę, by przestał Pan puszczać bąki zza krzaka,
> wrócił do gry, założył opozycyjną partię i przyjął pierwszą porcję
> uderzeń na wątrobę. Jeśli nie ma Pan na to ochoty - proszę sobie
> odpuścić
> strzelanie z procy po oknach. Jak wyżej – wiarygodność to podstawa.
Stłukłem komuś okno? Popsułem zabawę? Jak mówię - odezwałem się wywołany w sprawie bezpośrednio ze mną związanej (a potem - w sprawie dotyczącej armii). Nie wejdę z powrotem w życie polityczne KD, bo a) nie mam na to czasu, b) nie jestem w zasadzie w opozycji do Republikanów, c) nie wierzę, że uprawianie tak pojętej polityki może KD pomóc, d) nie wierzę, że mogę stworzyć opozycję, e) nawet jeśli - wiem, jak by się to skończyło, f) nie mam na to czasu.
Proszę zrozumieć, że - w przeciwieństwie do Pana, czego Panu zazdroszczę - ostatnie dyskusje przed moim odejściem (bezsensowną kłótnię z Martinem, przykre słowa Pavla, etc.) w jakimś sensie "realnie" przeżyłem. Nie mam zamiaru więcej tego powtarzać.
Może mnie Pan za to prosić, żebym się zamknął. Tę prośbę spełnię - o ile ktoś znów mnie nie oskarży o próbę zamachu stanu.
Serdecznie,
Alchien
PS Zauważył Pan, że plastyczne opisy w Pańskich mailach stają się coraz bardziej wulgarne? W moim wypadku było podobnie. Polecam urlop.
[Non-text portions of this message have been removed] Received on Wed 07 Apr 2010 - 00:50:05 CEST
This archive was generated by hypermail 2.4.0 : Fri 10 Jan 2020 - 23:10:06 CET