Re: [dreamland] Re: [5] Ambasada TE

From: M. O'Rhada <lesniak.katarzyna_usunto_at_gmail.com>
Date: Mon, 15 Feb 2010 01:35:05 +0100


Faithe!

> Nie użył Pan go, ale o eksterytorialności powiedział: "kiedy Erboka
> buduje ambasadę w Dreamlandzie, to teren ambasady jest terenem Erboki, a
> nie Dreamlandu."

Pani :) W mikroświecie do tej pory nikt nie przejmował się zbytnio ambasadami, bardziej interesowano się do tej pory ambasadorem - jednak praktyka jest taka, że nikt nie egzekwował od ambasad żadnych opłat (a tak jest w dzisiejszym prawie - że w większości opłat nie ma, poza opłatami usługowymi). Więc właściwie rzecz biorąc - mamy stan taki, jaki był w Realu przed latami 60-tymi.

> Mam rozumieć, że Erboka rysując swoją mapę powinna dodawać tereny swoich
> ambasad ?

Niech Pan nie będzie śmieszny :) Nikt mi nie wmówi, ze przed konferencją, na której doszło do zniesienia eksterytorialności państwa malowały sobie na mapach kropki w miejscach, gdzie miały ambasady, gdzie akurat przelatywały statki powietrzne, albo płynęły statki morskie. Eksterytorialność była problematyczna, ale dzisiejszy stan nie można opisać w pełni jako wyłączny teren państwa przyjmującego. Jest to, jak ładnie wybrnęła prowadząca zajęcia, bardziej zawiły problem.

> Bo USA to USA. Dużego i silnego nie pyta się o to czy działa zgodnie z
> prawem.

Jasne, że jest jeszcze prawo silniejszego. Gdyby Polska była w stanie zmierzyć się z USA, to po ataku Amerykanów na polską ambasadę, odpowiedziałaby bardziej stanowczo niż teraz, kiedy Amerykanie dają nam "prztyczki" w nos raz po raz. Ciężko jest wypowiedzieć wojnę, kiedy jest raczej pewne, że się ją przegra.

> .. bo tak mówi prawo amerykańskie. Polskie prawo nie może zakazać osobie
> X nabywania obywatelstwa innego państwa.
>

Tego akurat przyznam, ale nie wiem. Wiem, że się tak robi, ale jeśli mówi o tym prawo amerykańskie, a inne państwo przyjmujące dopuszcza jego stosowanie wobec swoich obywateli na teoretycznie swoim terenie - coś jest na rzeczy. Nie bardzo mam pomysł, gdzie szukać o tym informacji: czy nie jest to np kwestia umowy bilateralnej, albo brak tej umowy. Jeśli Pan ma jakąś pozycję do polecenia, w której znajdę rozwinięcie tej kwestii - poproszę o podrzucenie tytułu książki.

> chyba konwencje wiedeńskie o tym mówią.
>

Tak - dokładnie ta o stosunkach dyplomatycznych, ale na tej konferencji, o którą co i rusz zahaczamy określano te kwestie, jak i kwestie immunitetów mianem "przywilejów", stąd też skrótowe użycie przeze mnie tego hasła.

> To że polska policja/straż itd nie mogą wejść do jakiejś ambasady wnika
> z tego, że tak mówią ratyfikowane umowy międzynarodowe nadające terenom
> ambasad szerokie przywileje.

I sama konwencja wiedeńska z 61.

> Nie rozumiem.

Dla mnie jest to trochę jak proszenie o wejście na teren obcego państwa. Musiałabym sprawdzić czy od konieczności uzyskiwania zgody szefa misji istnieją jakieś wyjątki - nie kojarzę w tej chwili, ale podejrzewam że poza wyjątkowymi sytuacjami związanymi np z uchybieniami brak takowych.

Powyższa całość - czyli dyskusja o tym na ile obowiązujące prawo przekłada się na to, jak jest ono stosowane i jaki jest rzeczywisty status takiego, a nie innego terenu, przywodzi mi na myśl pewne moje dociekanie. Na zajęciach z prawa dowiedziałam się od prowadzącej o tym, iż prawnicy międzynarodowi głowią się nad problemem istnienia w traktacie dwóch wykluczających się zasad - zasady subsydiarności i zasady do niej odwrotnej. O tym błędzie w dokumencie nie mówił nikt, bo i zakładam że mało kto przeczytał traktat, a już na pewno nie europosłowie i dziennikarze relacjonujący tematy okołotraktatowe i piszący o tym, co będzie po wejściu w życiu traktatu. A i do dzisiaj nikt nie nagłośnił dyskusją o tym problemie, a która się przewija przez konferencje prawnicze. Akurat tak się szczęśliwie złożyło, że w krótkim czasie po tych zajęciach miałam inne, na których naszym gościem była kobieta, która stała na czele grupy ds negocjacji traktatu lizbońskiego. Zapytałam ją wtedy co ona o tym sądzi i którą zasadę będzie się tak naprawdę stosowało. Odpowiedziała mi wtedy mniej więcej tak: "Wie Pani... zasada subsydiarności została zapisana prawie 20 lat temu i istniała w prawie europejskim, ale tak naprawdę nikt nigdy z niej nie skorzystał i się nią nie przejmował. A pojawiła się, ponieważ związki regionalne naciskały na taki zapis. I tak będzie od grudnia 09 - nie ma więc żadnej sprzeczności, a prawnicy muszą o czymś dyskutować".
Wniosek: prawo swoje, a praktyka (zwyczaj) międzynarodowa swoje.

Pozdrawiam,

-- 
M. Reddy-O'Rhada
Lady Protektor WRM
Received on Sun 14 Feb 2010 - 16:35:09 CET

This archive was generated by hypermail 2.4.0 : Fri 10 Jan 2020 - 23:10:06 CET