Re: [surmala] [tuulemaa] [oczko redaktorskie] Korona dla Przyjaciela

From: Alchien <alchien_usunto_at_interia.pl>
Date: Fri, 4 Dec 2009 16:30:22 +0100


Witam,

Pokuszę się jednak o pociągnięcie dyskusji jeszcze kawałek. Najpierw mail Ghardina.

> No właśnie - a czy to źle?
>
> Czy - dla przykładu - szukając kandydata na nowego szefa "Tuulemaa"
> (btw - czy tytuł ten podlega deklinacji?) należałoby brać pod uwagę
> również wrogów "Tuulemaa"? Nie wrogów Kalickiego czy Wakowskiego, ale
> wrogów gazety? Ja bym to odebrał jako działanie samobójcze.
>

Owszem, to bardzo źle - poniżej wyjaśnię. Co do gazety - naprawdę nie dostrzegasz różnicy między Tuulemaa (jako organizacji uczestniczącej w życiu politycznym) a konstytucyjnym organem KD, który ponoć gwarantuje stabilność i ciągłość władzy?

Ale nawet nie w tym rzecz. Korona popadła bowiem w pewną sprzeczność, którą ze wszystkich sił próbuje zakryć. Próbuje bowiem (Consensus facit legem było zdecydowanym krokiem w tym kierunku) kreować swoją wizję jako instytucji niezaangażowanej, najwyższego autorytetu, gwaranta stabilności KD, stałego punktu odniesienia. Ale wtedy nie może kierować się zbyt subiektywnymi kryteriami swoich decyzji (np. osobista przyjaźń), bo to ujawniałoby wyraźne polityczne zaangażowanie i konkretny światopogląd, który nie wynika tylko z zajmowania Tronu, ale z tego, kto go zajmuje.

Właśnie stąd mamy "przyjaciela Korony" - dziwną konstrukcję, w której zalety kandydata odsyłają nas do etykietki "przyjaciela Instytucji", a rzeczona etykietka - do zalet kandydata. Zalety te, zapośredniczone w etykiecie, nie mogą być już dyskutowane w ich autonomii, bo odtąd następca opromieniony jest blaskiem samego monarchy. Korona staje się najwyższym autorytetem w tym sensie, że bez jej "certyfikatu" zalety kandydata (jako kandydata) nie mogą się uwidocznić społecznie, a w zasadzie - społecznie nie istnieją. Aż kusi zrobienie analogii do Benjamina, który pisał o Prawie (będącym ręką Losu), że "skazuje nie na karę, lecz na winę". Korona również występuje jako reprezentacja Losu - wyznaczając następcę, nie tyle zaświadczyła o jego zdolnościach do sprawowania władzy, ile uczyniła go do tego zdolnym. To postrzegam jako destruktywny element naszego ustroju - bowiem Naród, a nie Król jest suwerenem Królestwa. Należy - dosłownie - wziąć swój Los z powrotem w swoje ręce.

> Cytowany przeze mnie fragment uświadomił mi, że Korona faktycznie musi
> następcę "oswoić, przyswoić, zaakceptować i niejako zawłaszczyć przez
> kategorię >>przyjaciela Korony<<". Musi - bo jest to dbałość o
> bezpieczeństwo ustroju. "Przyjaciel" oznacza w końcu kogoś, komu można
> zaufać, kto chce twojego dobra. Życzyłbym sobie, żeby zawsze kolejnymi
> monarchami zostawali przyjaciele instytucji Korony.

Tutaj można też przypomnieć drugi mail Ghardina:

> Owszem - w kontekście następstwa tronu nie ma innych kategorii.
> Przyjaciel - czyli osoba darzona zaufaniem --> czyli ten, kto - jak
> wierzymy - nie zawiedzie zaufania, nie okaże się przeciwnikiem. Jeśli
> ktoś tego warunku zaufania nie spełnia - czyli nie jest przyjacielem w
> tym rozumieniu - nie może być brany pod uwagę jako następca tronu.
> Uważam, że słusznie.

Wszyscy uparcie zapominamy o tym, że istnieje coś takiego, jak dyskurs - to, w jakiej narracji funkcjonujemy, nie pozostaje bez wpływu na nas samych. To, że Robert został w naszych oczach "przyjacielem Korony", nie pozostaje odtąd bez wpływu na jego funkcjonowanie w naszej społeczności. "Oswojenie, przyswojenie, zaakceptowanie i zawłaszczenie" świadczą właśnie o niepewnej dbałości Korony o bezpieczeństwo ustroju - gdyby była przekonana do swoich celów i decyzji, dbała faktycznie o Królestwo (a nie o samą Koronę), wyszłaby poza listę dyskursywnych narzędzi władzy/opresji. Ale to może zrobć tylko człowiek, a nie instytucja państwa.

Tu trzeba przypomnieć jeszcze o jednej rzeczy. Nie chodzi o to, żeby następcy ufał poprzedni Król. Chodzi o to, żeby następcy zaufał Naród. Każdy Król musi zrozumieć, że jest jego konstytucyjnym przedstawicielem, a nie personifikacją. Myślę, że konkretna działalność polityczna (w ramach której podmiotowość polityczną, wyraźny światopogląd i prawo jego promowania ma konkretny Król, a nie niezmienny Tron) mogłaby tu bardzo pomóc, sprofanować sakralną dziedzinę władzy. Problem w tym, że monarchia za daleko odeszła od tego modelu i nie jest już zdolna do powrotu. W jednym zgoda - "Przyjaciel" oznacza kogoś, komu można zaufać, kto chce twojego dobra; "Przyjaciel Korony" oznacza kogoś, komu Korona może zaufać, kto chce dobra Korony. Pokusiłeś się niestety nie tylko o utożsamienie Króla z Koroną, ale i Korony z Królestwem. W tym problem. Król nie jest Lewiatanem. Działa w imieniu Narodu, ale nie może autorytatywnie decydować o tym, kogo obdarzymy zaufaniem. Naród nie dostosuje się do jego decyzji. To on musi dostosowywać się do oczekiwań Narodu.

Teraz dziwny mail Svobody:

> Przepraszam, nie widzę w tym zupełnie nic godnego oburzenia. JKM
> przekazuje stanowisko niezaprzeczalnie obciążone dużą władzą i o
> potencjale wywierania dużego, także negatywnego, wpływu na Królestwo.
> Jest dla mnie zrozumiałe, że przekaże je wyłącznie komuś, kogo zna
> dobrze i o kim wie, że nie zawiedzie. Nie bardzo wyobrażam sobie
> odmienną sytuację.

Jasne. Zgoda. Problem leży gdzie indziej - w tym, że musi tej osobie przypiąć etykietkę "przyjaciela Instytucji". Wydawało mi się, że wystarczająco wyraźnie to podkreśliłem.

> I to wszystko wydedukowane na podstawie jednego zdania powiedzianego
> na
> czacie. JKM nie potrafi się prawidłowo wysławiać, zorganizował swoją
> audiencję zupełnie nie tak, jak powinien, jego zdolności oratorskie są
> po prostu beznadziejne. Miejmy tylko nadzieję, że książę Robert wie,
> jak
> prawidłowo należy anonsować powołanie Następcy Tronu, bo w przeciwnym
> razie marny z niego będzie król.

Wiesz co? W tym momencie odechciewa się dyskusji. Niestety mamy ciszę wyborczą, więc nic więcej w tym miejscu powiedzieć nie mogę. Ale jeśli uważasz, że "słowa wypowiedziane przez Króla podczas audiencji nie mają znaczenia", to powiedz to w jednym zdaniu, zamiast rozciągać na cały akapit.

> To już uważam za nadinterpretację. JKM Edward Artur identyfikuje
> siebie
> z Koroną, bo to wynika z natury zajmowanego przez niego stanowiska. To
> różni urząd królewski od każdego innego. O przyjacielu instytucji
> można
> by mówić, gdyby JKM użył słów "przyjaciel monarchii".

Skąd dedukujesz o tej "naturze Korony"? Bo wg mnie mówisz o naturze Korony bardzo szczególnie pojmowanej - tej wywodzącej się z tradycji absolutyzmu (kiedy człowiek sprawuje władzę już nie jako on sam - jak było w systemie patrymonialnym - ale jako Król, ale jest Królem w całości; nie ma Konstytucji, która reguluje przecież nie tylko kwestie następstwa władzy, ale i równość wobec prawa, status obywatela i przede wszystkim różnicę między obywatelem a urzędem, obywatelem a instytucją; słowo Konstytucji ustanawia, jak "szibbolet" u Derridy, linię podziału i pozwala nam ją przekroczyć). Jeśli twierdzimy, że Król i Korona mogą się "identyfikować" (stawać się tym samym czy tożsamym), to ustanawiamy bardzo niebezpieczny wyjątek, w ramach którego Król nie jest już de facto obywatelem. Stąd już niedaleka droga do Agambenowskiego stanu wyjątkowego i ustanowienia nowego Suwerena, jakim będzie Król-Korona, łączący w sobie (we własnej osobie) status obywatela i nie-obywatela; określony przez Prawo, ale poza nie wychodzący.

Jeśli nadal się ze mną nie zgadzasz - wyjaśnij mi, proszę, tę "naturę zajmowanego przez niego stanowiska". Jest opisana gdzieś w Konstytucji?

> Co się zaś tyczy zdolnych nieprzyjaciół, zazwyczaj antypatie mają
> swoje
> podłoże. Nie da się więc ich zupełnie oddzielić od oceniania
> kompetencji. Jeśli kogoś znam i nie lubię, to dlatego, że dostrzegam w
> nim wady. Jeśli są to wady zbyt poważne, bym mógł tego kogoś polubić,
> tym bardziej są zbyt poważne, bym mógł mu powierzyć być albo nie-być
> mojej ojczyzny.

Jeśli kogoś znam i nie lubię, to dlatego, że dostrzegam w nim wady, które nie pozwalają mi go polubić. Mówmy precyzyjnie - dostrzeżenie wad nie oznacza jeszcze niemożliwości obdarzenia kogoś sympatią. Aczkolwiek gdyby tak było, dla Króla i dla Twojej teorii byłoby to bardzo wygodne.

Po drugie - nie możemy wad dzielić tylko na bardziej i mniej poważne. Jest szereg wad, które uniemożliwiają nam polubienie kogoś (np. je zupę palcami), co nie przeszkadza mu być wybitnym artystą. "Wady", o których mówisz, kształtują się w różnych dyskursach, na różnych płaszczyznach. Tak samo, jak osobista sympatia tworzy inną płaszczyznę niż czyjaś zdolność do sprawowania urzędu. Wada, która jest na tyle "poważna", że nie możemy danej osoby polubić, nie jest koniecznie "poważna w taki-sam-sposób", na tej samej płaszczyźnie, żeby uniemożliwiać komuś pełnienie urzędu. Nie ma tu prostej, pionowej hierarchii - jest dyskursywna struktura. Naszej percepcji wad drugiego człowieka nie da się oddzielić od oceniania jego kompetencji - ale ta "percepcja wad" wychodzi daleko poza sympatie i antypatie przynajmniej w tym sensie, w jakim do ostatnich odnosimy etykietę "przyjaciela Korony".

> Odsyłam do wypowiedzi markiza Kalickiego, pod którą napisałem cytowany
> wyżej akapit. Wszystko stanie się jasne.

Podtrzymuję wszystko, co napisałem. Józef oczekiwał czegoś od Korony, jako obywatel. Nie dostał tego - napisał komentarz odnośnie audiencji. Odnoś się do tego komentarza, Pavle, a nie do tekstów, których Redaktor Kalicki _nie_ napisał.

Podejrzewam, że cały problem w tym, że nie uważasz po prostu słów Edwarda usłyszanych podczas audiencji za znaczące. Rozczaruję Cię - to, że jesteś Seniorem i że robotę monarchy znasz zapewne od podszewki nie znaczy, że wiesz, na które spośród słów Króla należy zwracać uwagę, a na które - nie. Przeciwnie - raczej zaburza to Twoją ocenę sytuacji, prędzej stanie się podstawą do myślenia życzeniowego, niż do konstruktywnej oceny postępowania kolejnych Królów.

Pozdrawiam,
Alchien

[Non-text portions of this message have been removed] Received on Fri 04 Dec 2009 - 07:30:28 CET

This archive was generated by hypermail 2.4.0 : Fri 10 Jan 2020 - 23:10:05 CET