Motto pierwsze: Qui rem publicam salvam esse vult, me sequatur - Scypion Nazyka (wg "Mów" Cycerona)
Motto drugie:
Kiedyś ludzkość będzie się bawić prawem tak, jak dzieci bawią się przedmiotami, które wyszły z użycia - nie po to, by przywrócić je dawnym, kanonicznym formom użytkowania, ale po to, aby je od nich ostatecznie uwolnić. To, co jest po prawie, nie jest bardziej właściwą czy źródłową wartością użytkową, pierwotną wobec prawa, lecz raczej nowym sposobem użytkowania prawa, który rodzi się dopiero wówczas, gdy osiągnie ono swój kres. Również użytek, który został przejęty przez prawo, musi zostać uwolniony od swojej wartości. Ta wolność jest celem studiowania albo zabawy. - Giorgio Agamben ("Stan wyjątkowy")
Kończąc swój fascynujący wywód, Jacques de Brolle zadaje nam w rzeczywistości dwa bardzo odmienne pytania - jedno dotyczące tego, jakie konsekwencje w warunkach wirtualnych ponosi ten, kto przejmuje władzę ("I, wreszcie, czy po pięciu, szczęściu czy siedmiu latach zwycięskiej szarpaniny można mieć jeszcze jakieś ambicje? Czy Edward Krieg zechce jeszcze kiedyś poboksować ze swym zblazowanym ludem?"), drugie - pytając o społeczny, polityczny i ustrojowy przede wszystkim wymiar sprawowania władzy monarszej.
Wypada na początku rozwiać pewne złudzenie, któremu - niechcący, jak się zdaje - de Brolle pozwolił wkraść się do szerszej wypowiedzi. Podział Dreamlandu na "przedekorrski" i "poekorrski" nie jest jedynym, do jakiego mamy podstawy - i nie chcę w tym miejscu absolutnie negować go czy przedstawiać alternatywną historię dziejów, ale jedynie - przedłużyć go.
Przypomnijmy pamiętną proklamację z 18 kwietnia 2008; proklamację królewską "Consensus facit legem".
"Niektórym z Was może wydać się czymś nienaturalnym, że nie
odnieśliśmy się i nie odnosimy w żaden sposób do merytorycznych
aspektów debaty dotyczącej kwestii referendalnej. Rzecz oczywiście nie
w tym, że dyskusji nie dostrzegliśmy czy też nie doceniamy jej
kapitalnego znaczenia. Sądzimy jednak, że byłoby niezwykle
niefortunnym, gdyby tuż przed zarządzonym referendum Korona włączyła
się w tego rodzaju spory i dyskusje, swoim autorytetem wpływając w
jakiś sposób na jego wynik. To Dreamlandczycy, Naród ma podjąć decyzję
- taki cel przyświecał Nam, gdy zarządzaliśmy referendum, i taki cel
przyświeca Nam również dziś. Jesteśmy z Narodem i popieramy Jego
referendalną decyzję, niezależnie czy będzie ona aprobująca czy
przeciwna."
Tutaj znajdujemy ucieleśnioną przyczynę tego, czego słusznie zdaje się obawiać de Brolle - zaniku jakiegokolwiek sporu czy napięcia na linii Król - Naród. O ile de Brolle powodów poszukuje w ogólnospołecznym procesie (jakim jest zmęczenie materiału kadrowego, jak to kiedyś ktoś zgrabnie nazwał na LDKD) i w idei monarchii, o tyle warto, zdaje się, rozszerzyć jego myśl zauważając, że zgubna postawa Monarchy znalazła swoje umocowanie prawne (bo nie ulega wątpliwości, że w naszej rzeczywistości Proklamacja Królewska jest tekstem należącym do porządku prawnego, być może nawet znaczniejszym niż większość pozostałych). Król umocował ustrojowo... własną ustrojodawczą niemoc. Jak dalej czytamy w Proklamacji:
"1. Korona w Naszej Osobie deklaruje, iż będzie dążyła do odbierania
kontrasygnaty Premiera Naszego Rządu dla wszelkich wydawanych przez
Nas dekretów. Oznacza to, iż co do zasady Korona wyzbywa się
możliwości uznaniowego regulowania materii ustawowych. Powody
wszelkich odstępstw od kreowanej reguły, jeśli uznamy je za konieczne,
będą szczegółowe i publicznie objaśniane.
2. Korona w Naszej Osobie deklaruje, iż będzie powstrzymywała się od
jakiejkolwiek ingerencji w materie ustawowe regulujące kwestie
referendów, ustroju Izby Poselskiej, praw i obowiązków posłów oraz
ordynacji wyborczej."
Król pozbawia się własnej politycznej podmiotowości, zrzeka się
możliwości wystąpienia w roli Scypiona Nazyki, krzyczącego w obliczu
Grakchusa "Kto chce ratować republikę, niech rusza za mną!" - zrzeka
się tego prawa już nie jako Król, ale jako obywatel (wszak Nazyka był
"zwykłym" obywatelem); paradoksalnie, radykalnie oddziela się więc od
Narodu, który przez lata wykształcił świadomość obywatelską i przez
nią się definiuje. "Monarcha jest zawsze z nami", ale znaczy to, że
nie może nas już dłużej porwać do "ratowania republiki", wyjść z
inicjatywą natury państwowotwórczej, pociągnąć, a więc - wzbudzić
fascynacji mikroświatem. Mając taką możliwość, a następnie rezygnując
z niej w imię "dobra Narodu", staje się najbardziej pokornym w
szeregu. Są dalsze konsekwencje: w sytuacji zagrożenia państwowości (z
jaką teraz, w dobie kryzysu aktywności, niewątpliwie mamy do
czynienia; w takiej też pamiętne słowa wypowiedział Nazyka) rezygnuje
nie tylko z prawa inicjatywy i ratowania państwa, ale ogólnie - z
prawa do tożsamości politycznej. A czy da się być z Narodem, będąc
poza sporami, napięciami i konfliktami, które tym Narodem targają?
Oczywiście, "Consensus facit legem" jest wyrazem ogólniejszej
tendencji zachowawczej, wedle której konserwatyzm nie jest już obroną
starego, przedekorrskiego (czy nawet poekorrskiego) porządku, ustroju
monarchocentrycznego i idei monarchii, ale samej instytucji (Korony),
jej "obiektywności" i "niezależności". W erze następującej po
"przedekorrskiej" i "poekorrskiej" - którą chyba możemy nazwać
"nieekorrską" - Król nie broni swojego umocowania politycznego,
ustrojowego, społecznego czy ideowego, a jedynie swojej autonomii i
wizerunku, który - wbrew słowom Monarchy - ma niewiele wspólnego z
autorytetem (ten zdaje się nieodłączny od żywego zaangażowania w
wymienionych sferach).
Przejdźmy do sedna, zarazem powracając do cytatu z Agambena (i
parafrazując go tak, by nie mówić o prawie, ale o jednej jego
instytucji) - Korona powoli staje się w świadomości Dreamlandczyków
"przedmiotem, który wyszedł z użycia", uwolnionym od swojej wartości;
przedmiotem studiów lub zabawy, któremu co i rusz nadajemy nowe
znaczenia po to, by uwolnić go ostatecznie od starych (innej drogi po
prostu nie widząc). I póki Korona nie zaprotestuje, proces ten nie
zostanie zahamowany, przerwany ani odwrócony. Nawet ta dyskusja nad
rolą Monarchii i Monarchy służy - czemu my, dyskutanci, nie jesteśmy
winni bardziej niż ktokolwiek inny - uwolnieniu Korony od jej
dotychczasowej wartości, a idąc dalej - zmierza nieuchronnie w
kierunku dyskusji o końcu monarchii (jakkolwiek koniec ten wydaje się
nadal bardzo odległy, dzięki Wandzie).
Wniosek drugi. Nie da się stworzyć w Dreamlandzie w tej chwili
"drugiego środka władzy", zantagonizowanego wobec Króla - z tej
prostej przyczyny, że ten "drugi" ośrodek z miejsca staje się
pierwszym i to Korona musiałaby ustawić się w opozycji do niektórych
przynajmniej jego decyzji; czego, jak wynika z powyższych, nie zrobi.
Słusznie bodaj markiz Panevnick zauważa, że Rząd jest teraz bardziej
"Federalny" niż "Królewski"; bliżej związany z pewną płaszczyzną
sprawowania władzy, z władzą jako taką, niż z inną jej instytucją
(Król). Czy nie tutaj powinniśmy się dopatrywać politycznego monizmu,
w którym pogrążył się Dreamland, a który doprowadził nas teraz do
"kryzysu wyborczego"?
Kolejna era - nieekorrska, a może raczej: dreamopolitańska - rozpoczęła się symbolicznym samospaleniem Monarchy.
Pozdrawiam,
arcyksiążę Alchien
Szara Eminencja
This archive was generated by hypermail 2.4.0 : Fri 10 Jan 2020 - 23:10:05 CET