Przed nami kolejna próba wyłonienia minimum pięciu posłów, tym razem na zasadach zdecydowanie lepiej przystających do naszych realiów. Jedna ogólnokrajowa lista kandydatów powinna uchronić nas przed kolejnymi anomaliami. W połowie sierpnia każdy obywatel będzie miał zatem nie tylko możliwość, ale i faktyczny powód, by osobiście pofatygować się do urny wyborczej. Regent podjął słuszną decyzję i chyba nie mógł zrobić więcej, by przywrócić normalność. Ktokolwiek uczestniczył w tajemniczej naradzie w Pałacu Ekhorn, potraktował naszą zabawę dostatecznie poważnie.
Wyborczy falstart unaocznił nam coś więcej niż tylko banalne niedoskonałości obowiązującej ordynacji wyborczej. Po raz pierwszy w siedmioletniej historii tej instytucji do walki o miejsce w Izbie Poselskiej stanęło zaledwie pięciu kandydatów – najniższa ich dopuszczalna ustawowo liczba - w dodatku oddelegowanych przez jedno ugrupowanie polityczne, co całemu przedsięwzięciu przydało nieco groteskowego charakteru.
Można bezpiecznie zakładać, że również frekwencja wyborcza okaże się rekordowo skromna. Po 109 głosach oddanych w pierwszych wyborach w 2002 r. nie został już żaden ślad, podobnie jak nie do powtórzenia wydaje się wynik dwudziestu, dziewiętnastu czy choćby siedemnastu kandydatów zgłaszanych w czasie kolejnych elekcji jeszcze kilka lat temu.
Mandat poselski nigdy nie był u nas specjalnie ceniony, tym razem jednak jego wartość okazuje się deprymująco niska. Tworzenie prawa wolimy dziś zostawić lokatorom Pałacu Królewskiego. Administrowanie państwem w drodze dekretów i kolejnych orzeczeń sądowych nikogo w KD już nie bulwersuje. Tymczasem nie ma dziś lepszego sposobu na uzyskanie szerokiej politycznej legitymacji, niż właśnie zwycięstwo w bezpośrednich i powszechnych wyborach do Izby Poselskiej.
Ale już sam udział w tychże wyborach, jeśli tylko zakończony zostanie uzyskaniem pojedynczego mandatu i w efekcie miejsca choćby w ostatniej, najpodlejszej ławie Izby - miejsca izolowanego, nie dającego żadnych złudzeń co do pola politycznego manewru, a więc i żadnej obietnicy osobistego awansu, sam udział w wyborczej walce jest tym, czego pilnie dziś potrzebujemy.
Dreamland szczyci się długą tradycją politycznego pluralizmu i wewnętrznej opozycji, która wśród swoich przedstawicieli miała swego czasu przecież Piotra „Kefasa” Kozaneckiego, Krzysztofa „Troya” Kowalczykowskiego, Bartłomieja Jasińskiego/Aleksandra Kellera, Morfeusza Tylera czy Marcusa Estreichera, a zatem tych wszystkich pozytywnych pomyleńców, którzy w swych kolejnych wcieleniach stawali na czele nowych państw lub zakładali własne. Sam nasz Parlament jest starszy niż większość istniejących dziś mikronacji, w których operuje się językiem polskim.
Donkiszoteria jest dziś w Dreamlandzie towarem deficytowym. W sierpniowych wyborach stawką jest dziesięć mandatów poselskich, ale i los parlamentarnej opozycji w Królestwie. Nie apeluję o alternatywę dla Stronnictwa Federalnego, bo też nie jest Stronnictwo żadnym zagrożeniem dla demokracji, czy choćby tak czy inaczej pojętego interesu naszej społeczności.
Rozumiem, że wszystko już było. Że z trudem znajdziemy w Królestwie obywatela, który nie zasiadał kiedyś w takim czy innym urzędzie. Że skończyły się pomysły. Że skazani jesteśmy na Powtórzenie. Że z Izby Poselskiej niejeden zdrowy, silny i bystry chłopiec wyszedł okrutnie pokręcony. Że wrzuciliśmy już na wandejski luz.
A jednak zanik formalnej opozycji byłby przykrym precedensem i raczej negatywnie wpłynie na rzetelność tradycyjnych debat poselskich. Nie wierzę, by polityczna - czy choćby światopoglądowa - konsolidacja w obrębie naszej społeczności zyskała charakter trwałej jednomyślności.
Apeluję nie tylko do dawnego środowiska Platformy Obywatelskiej KD; liczę, że pojawią się również kandydaci niezależni. Prawa strona naszej sceny politycznej, jeśli trzymać się tradycyjnej nomenklatury, raz jeszcze wymaga zagospodarowania. Zachęcam również ustępującego premiera do przemyślenia swojej wcześniejszej decyzji. Doświadczenie procentuje.
A jeśli nawet nie procentuje, dodaję po chwili namysłu, mając na uwadze niektóre nasze biogramy, to i tak warto.
Jacques de Brolle
This archive was generated by hypermail 2.4.0 : Fri 10 Jan 2020 - 23:10:05 CET