Powołanie mnie na urząd ministerialny było dobrze przemyślanym i bardzo konkretnym ruchem. Otrzymałem do wykonania misję; nie miałem być ministrem wyłącznie dla zapełnienia wakatu. Odpowiedzialność za niepowodzenie misji spada praktycznie wyłącznie na mnie, choć wolałbym nie skreślać całości już teraz.
Najpierw bardzo długo zwlekałem z wyrażeniem zgody na nominację
(możliwe, że lepiej by wyszło, gdybym jej w końcu nie udzielił). Gdy
wreszcie do nominacji doszło, mój krótki okres zapału i wolnego czasu
minął. Cały ubiegły tydzień byłem na wyjeździe, a już wcześniej
przestałem śledzić listę dyskusyjną.
Cała historia zaczyna się w Erboce, gdzie brałem udział w dyskusji m.in. z Marcusem Estreicherem na temat kryzysu w mikronacjach (takie dyskusje pojawiają się okresowo w praktycznie każdym państwie). Dzięki Marcusowi zacząłem krystalizować sobie główną istotę problemu, z jakim się spotykamy - tego, że Internet posunął się naprzód, a Dreamland wciąż tkwi w przeszłości. Nadal czekamy aż pojawi się ktoś taki, jak de Kakuć czy Vilgefortz, kto sam wymyśli nowatorską formę aktywności w mikronacji, a następnie zrealizuje ją od podstaw zakładając własne strony, prowadząc własną kampanie reklamową, tworząc sobie jednocześnie popyt i podaż na swoje usługi.
Dzisiejszy Internauta nie myśli już w takich kategoriach. Nikt już nie umie dziś budować od podstaw stron - dlatego każda próba zastąpienia stron Morlandu czy Surmali okazuje się krokiem w tył. Dzisiejszy Internauta to dziecko YouTube'a, Blogspota, MySpace'a i setki innych serwisów założonych przez wielkie korporacje, które rozparcelowały między siebie Internet i obsługują nas od momentu włączenia przeglądarki. To nie jest krytyka nowego Internetu. Sieć nadal jest idealnym miejscem dla kreatywnych jednostek, może nawet lepszym niż kiedyś. Obecnie jednak kreatywność realizuje się w ramach wytyczonych przez serwisy, wlewana do dostarczonych foremek.
W tym samym kierunku musi iść Dreamland. Musimy wychwycić schematy pożądanych zachowań mieszkańców i działać w kierunku ułatwiania podążania za tymi schematami. Tak jak rozrastają się połączenia między neuronami, po których najczęściej podąża nasza myśl, tak samo systemy informatyczne muszą rozrastać się tam, gdzie najczęściej podąża aktywność obywateli.
Mój plan uwzględniał szereg pomysłów. Warto zaznaczyć, że te, które już ruszyły, ruszyły dzięki osobistemu zaangażowaniu się Premiera w ich realizację.
A kolejnym zastosowaniem jest kwestia uprawnień w systemach. Burmistrz, czy Sekretarz Heroldii mogą logować się się przy pomocy własnego NIM i automatycznie uzyskują dostęp do tych uprawnień, które im przysługują. Można stworzyć zintegrowany panel urzędnika, w którym każdy urzędnik załatwiałby swoje sprawy - w tym powoływał i odwoływał podległych mu urzędników wprowadzając zmiany w bazie danych lub wprowadzał publikowane przez siebie akty do bazy prawnej SK.
5. Kolejnym ułatwieniem mogą być zlecenia stałe w banku. Sytuacja podobna, jak wyżej. Tak, jak nie aktualizuje się stron, tak samo nie płaci się pensji. Jest więc problem, który można łatwo naprawić nakazując CBD wypłacanie pensji automatycznie. Zaawansowana wersja takiego systemu może dawać szefom opcję wstrzymania pensji z jakiejś przyczyny.
Tu uwaga - można zauważyć, że skupiam się jak dotąd na ułatwianiu pracy urzędnikom państwowym. Nie ma sensu się dłużej oszukiwać, biurokracja to esencja aktywności w Dreamlandzie. Oczywiście nie powinniśmy zajmować się nią wyłącznie, ale administracja musi i będzie zajmować jakieś 75% rynku pracy. Zresztą mówiąc o urzędniku, obejmuję bardzo szerokie spektrum zajęć - w tym akademików, szefów galerii itd. Nawet naczelny Głosu Weblandu by pewnie się tu zmieścił, skoro powołuje go Rada Weblandu.
Rozwijanie innego rodzaju aktywności będzie bardziej skomplikowane. Wśród pomysłów z tej kategorii znajduje się bankowość prywatna - zamiast oczekiwać, że ktoś wreszcie sam zbuduje sobie od podstaw prywatny bank, należałoby zduplikować kod CBD i udostępnić go każdemu zainteresowanemu. Oczywiście najpierw trzeba wymyślić, jak bankowość prywatna może dawać właścicielom banków zyski i jednocześnie opłacać się klientom. Tu nie mam jeszcze rozbudowanej koncepcji. Drugi pomysł, już wspomniany przez Premiera, to utworzenie wydawnictwa prasowego, które oferowałoby szablon gazety dla każdego chętnego - wypełniany artykułami z poziomu www i ewentualnie zintegrowany z bankomatem, jeśli miałaby to być gazeta płatna. Szatę graficzną można indywidualizować również z poziomu www dzięki technologii CSS. Chodzi o stworzenie serwisu, który będzie bardziej precyzyjnie dopasowany do potrzeb wirtualnej prasy, niż serwis Blogspot i mu pokrewne.
Tymi swoimi przemyśleniami podzieliłem się nieopatrznie z Jego Królewską Mością i Premierem, a pan Premier podstępnie chwycił mnie za słowo i zaproponował, żebym zamiast gadać zaczął coś robić. (Jak wspomniałem Wicehrabia Jazłowiecki sam najpierw dał przykład zakasując rękawy i robiąc od ręki to, co można było zrobić od ręki.) Honor nie pozwolił mi odmówić, ale jak dotąd nie zrobiłem niestety nic. Moim zadaniem jest wytyczenie KSI politycznych celów i koordynacja działań służby, która na co dzień zajmuje się tylko bieżącą administracją tych systemów, które są. Nie została ona powołana przecież do wyznaczania dalekosiężnych celów rozwoju Królestwa. Od tego jest Rząd i najwyższa pora, by Rząd się tym zajął.
Nareszcie przechodzę do tego, co wisi już pewnie na językach wszystkich, którzy dotrwali do tego etapu mojej wypowiedzi. Nie ma informatyków. Cały plan leży w gruzach.
Zdaję sobie boleśnie sprawę z tego, że brak nam rąk do pracy. I z pewnością nie wyobrażałem sobie, że osiągnę cokolwiek poganiając kogokolwiek i sypiąc rozkazami. Mamy bardzo mały potencjał informatyczny, ale nawet tym małym potencjałem trzeba jakoś zarządzać i jakoś go wykorzystywać. Może osiągniemy podstawowe cele za rok, ale lepsze to, niż trwanie w miejscu. Konieczne jest, by Rząd zaoferował KSI przede wszystkim wsparcie i współpracę. Należy sporządzić plan działań i go wspólnie egzekwować. Dotychczasowa polityka zostawiania KSI samym sobie i czekania na cuda jest bez sensu. KSI należy zaangażować w proces rozwoju Królestwa od momentu oceny ile czasu może zająć realizacja tego czy innego projektu, poprzez oferowanie wsparcia w realizacji i pozyskiwaniu nowych osób do pomocy, aż po testowanie efektów.
I wreszcie moja ostatnia uwaga. Rozwój Królestwa i powrót do jako-takiej aktywności zależy WYŁĄCZNIE od rozwoju systemów informatycznych. Można połączyć izby parlamentu w jedną, potem znów podzielić je na trzy, zlikwidować zupełnie, odbudować i znów połączyć, a nic się nie zmieni. Kierunkiem nie są ani reformy ustrojowe ani promocja. (Tu ponownie przytoczę Marcusa Estreichera - promować powinniśmy się dopiero wtedy, gdy będzie coś do promowania). Dopóki nie ruszy intensywnie rozwój systemów informatycznych, wszelkie reformy będą przelewaniem z pustego w próżne. Politycy nie mówią o tym chętnie, bo wiedzą, że niewiele będą mogli z tym zrobić.
Tak, to smutna prawda. Pocieszeniem może być to, że nasz zastój nie wynika z tego, że jesteśmy tacy beznadziejni, że rząd czy król ten lub ów jest do kitu, czy że lubimy się kłócić. Mamy w Dreamlandzie najzwyklejszego, najpospolitszego pecha i nikt nie jest temu winny. Mamy pecha, że nie mamy swojego Khanda, Piotra Mikołaja czy swojego Kerada. Mamy informatyków nie gorszych, a podejrzewam, że może i lepszych. Wręcz może za dobrych. Takich, którzy dzięki swoim umiejętnością są bardzo zapracowani w realu i nie mają czasu na darmowe chałtury dla Dreamlandu, gdy każda ich godzina pracy jest mierzona w dużej gotówce.
Nie jest przypadkiem, że złoty wiek Dreamlandu przypada na pierwszy rok panowania eMBego. To był tak naprawdę ostatni czas, gdy mieliśmy informatyka, który poświęcał naprawdę dużo czasu i pracy na Dreamland, i wtedy też byliśmy pionierem w sferze systemów informatycznych, a za tym automatycznie aktywizowały się inne obszary aktywności.
Póki ponownie taki informatyk z dużą ilością wolnego czasu i chęci do nas nie trafi, musimy eksploatować tych, których mamy (czyli tych z małą ilością czasu, choć z pewnością dużymi chęciami) i posuwać się choćby powoli do przodu.
Pewien znajomy zza granicy zwrócił mi uwagę, że jednym z największych atutów Dreamlandu jest renoma i marka. To oznacza, że nawet jeśli dogonienie czołówki zajmie nam dużo czasu, mamy sporo potencjału, by szybko powrócić na piedestał, gdy tylko będziemy mieli coś do zaoferowania. Innymi słowy, bycie najstarszą i pierwszą polską mikronacją to idealny punkt zaczepienia dla jakiejkolwiek akcji promocyjnej.
Z poważaniem,
(-) Pavel Svoboda, r.s.
Received on Thu 16 Jul 2009 - 09:12:06 CEST
This archive was generated by hypermail 2.4.0 : Fri 10 Jan 2020 - 23:10:05 CET