Minął tydzień od publikacji Deklaracji Programowej SF i niewiele mniej od sejmowego wystąpienia Premiera Jazłowieckiego. Przed nami głosowanie nad wotum nieufności wobec Rządu Królewskiego. Potencjalni wyborcy mieli okazję poznać racje obu stron, zaś w trakcie kilkudniowej dyskusji zasygnalizowano kilka frapujących wątków, które z powodzeniem posłużyć mogą jako zaczyn kolejnych awantur. Biorąc pod uwagę ciężar gatunkowy wspomnianej debaty nieco zaskakiwać może fakt, że krąg jej uczestników okazał się tak deprymująco skromny.
Jeśli wierzyć kolegom ze Stronnictwa Federalnego, przedmiotem sporu jest przecież sama istota systemu politycznego Królestwa, jego kształt ustrojowy, który najwyraźniej czeka kolejna gruntowna reforma. Z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością już teraz może powiedzieć, że Stronnictwo te wybory wygra, nie tyle jednak siłą swych politycznych argumentów, co wobec tradycyjnego w naszych warunkach braku politycznej alternatywy.
Tym bardziej dziwi mnie milczenie polityków, którym w zaistniałej sytuacji powinno najbardziej zależeć na wyartykułowaniu własnych poglądów, względnie na dookreśleniu stanowiska, nigdy przecież dość klarownego.
Chłodną powściągliwość zachowała mocno już osadzona w systemie rodzina Buurenów, która w osobie Regenta zyskała właśnie świetny punkt widokowy na pole bitewne, zaś w osobach marszałków obu izb – miejsce w pierwszym rzędzie naszego politycznego cyrku. Warto zaznaczyć, że mówimy o (eks-)środowisku Platformy Obywatelskiej KD. Majestat królewski z pewnością nie ucierpiałby w sytuacji, w której najwyższy dziś reprezentant Korony zająłby stanowisko w debacie na temat spraw dla Królestwa najbardziej fundamentalnych. Programowa neutralność Korony nie musi oznaczać politycznej i ideowej niemoty. Zakomunikować termin wyborów może nam dziś pierwszy lepszy skrypt. Istota regencji, chciałbym w to wierzyć, sprowadza się do czegoś więcej, niż do trybu politycznego autopilota.
Duży plus dla Bartunia de Wrony-Buurena za przytomność i zwycięską próbę zachowania politycznego obiektywizmu w Izbie Poselskiej. Nie wiem, jaka jest kolejność dziobania we wszechwładnej dziś rodzinie Buurenów, ale notowania wicehrabiego Bartunia z pewnością szybko idą w górę. Trzeci Regent wywodzący się z furlandzkiej dynastii? Całkiem możliwe.
Drżącym piórem Krzysztofa Jazłowieckiego bronił się odsądzany od czci i wiary rząd federalny. Była to apologia anemiczna, przeprowadzona dla zasady i w poczuciu nadchodzącej klęski. Zamiast jednak polemizować z propozycjami zgłaszanymi przez federalistów, załadować do haubicy wszystko, czym jeszcze dysponuje i zalać przeciwnika gęstym deszczem napalmu, przyjął pan Jazłowiecki taktykę protekcjonalnie pasywną, zupełnie tak, jakby prawda moralna i logika wydarzeń przemawiały na jego korzyść. Nie przemawiają. „Zamiast informować, wolałem pracować”, konstatuje Premier i byłoby to całkiem niezłe podsumowanie życia kanonizowanej szwaczki.
Milczał dotąd daremnie wywoływany do tablicy przez Premiera Pavel Svoboda, który, jeśli wierzyć K. Jazłowieckiemu, chowa w rękawie jakiegoś asa. Liczę jednak, że prędzej czy później usłyszę Ministra Svobodę, po którym spodziewam się czegoś naprawdę krzepiącego.
Kilkudniowa dyskusja, jaka z impetem przewaliła się na tej liście, pozostawiła we mnie uczucie niedosytu. Przemawiający w imieniu federalistów książę d’Archien zabierał głos bodaj tuzin razy, ale nawet nie spróbował ustosunkować się do zarzutów, jakie pod adresem jego nowych towarzyszy wystosował Krzysztof Jazłowiecki. W moim odczuciu były to zarzuty uzasadnione.
Premier Jazłowiecki słusznie bowiem podniósł problem rażącej niekompetencji zgłoszonych przez Stronnictwo kandydatów na ministrów. Trzech z czterech proponowanych przez Księcia zmienników to członkowie ustępującego gabinetu. Dwóch z nich ewidentnie dało plamę. Jeden zapadł się pod ziemię i choć wszyscy dobrze to rozumiemy, chwilowo za nim nie tęsknimy.
Żaden z namaszczonych przez Księcia ministrów nie zabrał w tej dyskusji głosu. Nie wiem tylko, jak potraktować wypowiedź barona de Godwina, dziś odpowiedzialnego za federalne finanse, jutro – już jako premier, za całokształt dreamlandzkiego życia publicznego. „Wiadomo, ile zrobiłem. Moja wina”, stwierdził szczerze pan Godwin. To z kolei dobra propozycja na treść nagrobnego epitafium.
Dyskusję zdominował problem martwych od lat miast, zagadnienie trzeciorzędne w naszej sytuacji. Całość jałowych do bólu rozważań wieńczy skądinąd zabawna konstatacja księcia Alchiena: ”Z miastami trzeba coś zrobić”.
W zakończonej dyskusji nie znalazłem nawet słowa na temat samej istoty reformy ustrojowej, którą zafundować chcą nam federaliści. A przecież to jest prawdziwy rodzynek, istota rzeczy i gwóźdź programu. Zarazem, jak sądzę, jego najsłabsze ogniwo.
Istota tej reformy polegać miałaby, jak czytamy w Deklaracji, na połączeniu dwóch dotychczasowych izb naszego parlamentu. Zmianie ulegnie również ordynacja wyborcza, promująca, nieco silniej niż dotąd, te prowincje, których obywatele zechcą oddać swój głos. A wszystko w myśl starej zasady: im więcej oddanych głosów, tym więcej mandatów. W wyniku ponawianych co trzy miesiące wyborów bezpośrednich miałby być również powoływany szef rządu federalnego. Widmo wyborów, niczym wiszący nad nieszczęśnikiem miecz Damoklesa, miałoby premiera nieustannie dopingować i zmuszać do ustawicznej refleksji nad kolejnymi, dostatecznie pikantnymi inicjatywami. Ruch, dynamika, ciągła kontestacja. Władza bliżej obywateli, obywatel bliżej władzy.
Ale przecież, drodzy koledzy i równie drogie koleżanki, zostać dziś ministrem federalnym jest zadaniem nie bardziej skomplikowanym, niż wciągnięcie kapcia na stopę. Jeszcze łatwiej trafić za biurko burmistrza czy urzędnika organów władzy krajowej. Obywatel, który dziarsko zakrzyknie: „Weźcie mnie”, usłyszy po chwili: „Bierzemy”. I baron Littendorff, podobnie jak każdy inny federalista faktycznie zatroskany o kondycję naszego państwa, trafiłby bez problemu do rządu, skoro tak mu pilno do ciężkiej roboty.
W naszych warunkach dostęp do władzy jest banalnie prosty. Mieszkaniec, który dzisiaj otrzymuje swój paszport, za miesiąc może stanąć na czele resortu gospodarki (doskonała robota), najdalej za trzy, jeśli słyszał co nieco o htmlu, namiestnikiem w Luindorze (również świetna robota). Gmeranie przy ordynacji wyborczej nie wpłynie ani o jotę na kwestię aktywności wyborców, których jest mało, i będzie jeszcze mniej.
Tym, co nakręca obywatelską koniunkturę i stanowi o jakości życia publicznego, jest dyskusja, myślowy ferment, wymiana choćby najbardziej bzdurnych poglądów, rynek prasowy, najlepiej wzbogacony o dodatkowe media. Sarmaci i Wandejczycy już dawno dali dobry przykład, za którym Dreamland uparcie nie chce podążać. Bogata i interaktywna strona główna, shoutbox, sprawnie działający system newsów, trochę zabawy z kolorem – to wszystko składa się na wybuchową mieszankę informacyjno-propagandową, która na potencjalnego mieszkańca działa jak lep na muchy.
Federaliści sugerują, że wystarczy posadzić obok siebie posłów i senatorów, by „uzyskać w ten sposób decentralizację Królestwa i aktywizację Jego Prowincji”. Nie takie rzeczy się u nas działy, możliwe więc, że będzie tak, jak życzą sobie tego koledzy ze Stronnictwa. Na przykład – przez przypadek.
Jedno jest jednak pewne: hasło decentralizacji Królestwa, będące kluczowym elementem programu Stronnictwa, jest hasłem pustym, nie mającym pokrycia ani w partyjnym programie, ani w faktycznych intencjach jego czołowych przedstawicieli, co zauważyć musiał każdy, kto choć pobieżnie śledził przebieg tej dyskusji.
Pół żartem, pół serio: czym innym, jeśli nie radykalną decentralizacją Dreamlandu, była anemiczna polityka wewnętrzna obecnego Rządu? Wszak krajowe władze mają najszersze pole politycznego manewru wówczas właśnie, gdy Federacja wstrzymuje swój kwaśny oddech i przestaje cisnąć od góry. To już zresztą pewna tradycja, że Rząd Królewski ingeruje tylko wówczas, gdy Prowincja cieszy się nadmiarem swobody i sięga po kompetencje dla niej niedostępne. Przekonał się o tym niedawno Namiestnik Surmali, gdy za plecami Korony próbował się fraternizować z zamorskimi cudakami, bodaj z tymi samymi, którzy się u nas niedawno wysadzali w powietrze.
Józef Kalicki podpowiada mi, że w postaci środowiska SF zyskaliśmy możliwość dokonania politycznego wyboru, zaś ta jest „czymś niezwykle cennym”. A jednak, powtórzę za Premierem, przez cały okres zasiadania w Izbie Poselskiej XII kadencji to właśnie Stronnictwo firmowało to, co w mikronacyjnej polityce najgorsze: gnuśność i nieodpowiedzialność. W ciągu tygodnia, jaki minął od publikacji Deklaracji Programowej, nie usłyszałem głosu żadnego ze starszych członków tej partii (elokwentny książę Alchien d’Archien dołączył do SF zaledwie przed kilkoma tygodniami), co każe mi powątpiewać w ich raptowną dyspozycyjność.
Jeśli chłopaki nie zaczną się odzywać, mniejsza już o to, czy dorzecznie, nie ma sensu na nich głosować.
A jednak sięgnąć po władzę w najbliższych wyborach, wobec tradycyjnego bezruchu na scenie politycznej, w warunkach, gdy establishment wyraża swoje désintéressment przetasowaniami na scenie partyjnej, dając tym samym zielone światło każdej kolejnej inicjatywie ze względu na jej walor względnej nowości, w imię niewłaściwie pojętej idei demokracji, otóż sięgnąć po władzę w naszych okolicznościach nie będzie trudno.
Brak tu jednak moralnej legitymizacji. Szkoda również, że brak sparingpartnera.
Pozdrawiam,
Jacques de Brolle
This archive was generated by hypermail 2.4.0 : Fri 10 Jan 2020 - 23:10:05 CET