Życie przez V - moje wrażenia

From: Pavel Svoboda, rs. <svoboda_usunto_at_aster.pl>
Date: Wed, 22 Apr 2009 23:08:57 +0200


> Zapraszam do lektury:
> http://www.dreamland.net.pl/informacja/zycie_przez_v_pierwsza.pdf .

Zainteresowała mnie argumentacja obalająca mit "systemu gospodarczego leżącego u podstaw funkcjonowania społeczeństwa państwa wirtualnego". Bardzo ciekawy jest argument pierwszy o tym, że SG zwiększa władzę informatyków. Przywodzi to na myśl odwieczny dylemat państw realnych. Każde państwo chce mieć silną armię, która także w czasach pokoju stanowi przecież istotny atut w negocjacjach, a także zapewnia bezpieczeństwo reżimu od zagrożeń tak zewnętrznych jak i wewnętrznych, takich jak rewolucje ludowe. Jednocześnie jednak armia zbyt silna sama zaczyna stanowić zagrożenie. Przywodzi to na myśl ubiegłoroczny zamach w Mauretanii, gdzie pierwszy demokratycznie wybrany prezydent został obalony przez generałów w chwili, gdy chciał część z nich odwołać.

Można to porównać z buntem książąt-informatyków w Scholandii, ale równie dobrze ze zdradą namiestników w Dreamlandzie w kwietniu 2005 r. JKM sam przytacza przykłady, w których informatycy, nawet bez SG, czuli się dość mocni by grozić legalnej władzy w Dreamlandzie. Tuż przed abdykacją JKW eMBe, król senior TomBond skutecznie doprowadził do destabilizacji państwa, mimo że nie posiadał w tym czasie żadnych funkcji i w rzeczy samych został przywołany "zza światów" tylko na potrzeby tej awantury. Jak widać, państwo wirtualne podminować jest dosyć łatwo, z czy bez SG. Z drugiej zaś strony fakt, że zarówno Sarmacja, jak Scholandia i Wandystan wciąż istnieją i mają się dobrze, dowodzi, że SG nie jest też aż tak śmiertelnym zagrożeniem.

Drugi argument jest dosyć prosty - SG sam generuje potrzeby, które zaspokaja. Choć generalnie to prawda, nie do końca się zgodzę. Szereg osób przewinęło się przez Dreamland - Snequie, Vilgefortz, Maryusheck - o których mógłbym powiedzieć, że motywacją dla nich była akumulacja majątku i to nie w inny sposób niż poprzez własną przedsiębiorczość. Czyli nie same sumy na koncie były celem, ale satysfakcja z tego, że uzyskało się je własną inicjatywą i pracą. Uważam, że to jest motywacja, którą SG może spokojnie eksploatować, choć nie wiem, na ile ta motywacja bywa powszechna. Dziś zdaje się, że nie mamy takich ludzi, mimo że zarabianie dla osoby pomysłowej i przedsiębiorczej byłoby niewiele trudniejsze niż dla tamtych Dreamlandczyków.

Jednocześnie nasunęła mi się, czytając ten fragment, osobna myśl. Skoro SG potrzebuje generować potrzeby, które zaspokoi, jakie są prawdziwe potrzeby wirtualnych ludzi? Powiem szczerze, że choć spędziłem w Dreamlandzie ponad siedem lat, sam nie wiem, co dokładnie wciąż mnie tu trzyma. A jeśli nawet wysiliłbym się, by coś wymyślić, nie miałbym żadnej pewności, że innych motywują te same rzeczy, co mnie. I więcej o tym bardzo chętnie bym poczytał w rozprawie naukowej.

Czytając o "społeczeństwie opisu" wyobrażałem sobie, że mógłby to być przyczynek do jakiejś wirtualnej, głęboko spirytualistycznej religii. Rozprawianie o definicji państwa wirtualnego też głęboko mnie nie wciągnęło, bo nie uważam, by była to rzeczy aż tak ważka.

Jednak byłoby bardzo cennym zbadanie wirtualnego człowieka i przeanalizowanie dokładniej owego tytułowego v-życia. Jeśli wiedzielibyśmy, czego ludzie szukają w państwach wirtualnych (lub raczej co w nich znajdują) - a uważam, że nie mamy bladego pojęcia - sprawy takie jak promocja czy projektowanie SG byłyby dla nas betką. Obecnie roimy te rzeczy po omacku.

A wracając jeszcze do owych informatyków i ich nielegitymowanej władzy, tu wychodzi na jaw zupełnie inny aspekt wirtualnego społeczeństwa, przeciwna strona owej idyllicznej egalitarności - mianowicie, że zwyczajnie nie ufamy sobie nawzajem. Dlatego właśnie nie ma mikronacji z demokratycznie obieralną głową państwa. Dlatego te demokratyczne instytucje, które mamy, mają kompetencje ograniczone tylko do tych zakresów, których nie da się zanadto spieprzyć, za przeproszeniem.

Bo demokracja ma to do siebie, że może bywać czasem nieprzewidywalna. Tak w realu jak w wirtualu zawsze istnieje możliwość, że do władzy dojdzie kretyn albo szaleniec. W realu powierzenie takiej nieprzewidywalnej, losowo wybranej osobie największych tajemnic państwowych, nie grozi - najwyraźniej - aż tak strasznymi konsekwencjami, jak w świecie wirtualnym.

Tuż przed ostatnimi wyborami prezydenckimi pewna wierna słuchaczka pewnej stacji radiowej ostrzegała mnie w rozmowie telefonicznej przed głosowaniem na Tuska. Ponoć, gdyby wygrał, Tusk oddałby Niemcom Prusy Wschodnie i Śląsk. Problem w tym, że pan Donald nawet jako prezydent nie bardzo miałby możliwość realizować swoje diaboliczne plany. Koniec końców Niemcy sami musieliby wziąć co ich, a Prezydent mógłby najwyżej stać z boku i patrzeć. W państwie wirtualnym byłoby to już dużo bardziej realną groźbą. Lub, na przykład, nowo wybrany prezydent mógłby zmienić hasła do serwera i zniknąć bez słowa. Może wpadł pod pociąg, a może wyprowadził się z rodzicami do Kanady. Z realnym prezydentem jest o tyle choć dobrze, że wiemy jak ma na nazwisko i gdzie mieszka.

Do czego dążę? Ano do tego, że będąc tacy egalitarni, że nawet karzeł może znaleźć wśród nas nieuprzedzonych przyjaciół, jesteśmy jednocześnie egalitarnie podejrzliwi. Wymuszają to na nas nasze wirtualne warunki i nie da się tego zmienić. To oznacza m.in., że demokracja zawsze u nas będzie bezzębna. Można wręcz powiedzieć, że do pewnego stopnia, tak samo jak SG, polityka państwa wirtualnego oferuje rozwiązania wyłącznie problemów, które sama generuje, podczas gdy administracją naprawdę ważnymi aspektami funkcjonowania państwa, z przymusu musimy obciążać wyłącznie ludzi najbardziej zaufanych i - ciekawe, że to się łączy - niepoddanych kontroli Narodu.

Na koniec pytanie do autora o badania, które być może poczyniono przygotowując tę pracę. Kwestia systemów gospodarczych wydaje się opisana przez znawcę tematu. Czy WKM odwiedzał państwa ościenne, by zbadać problemy wynikające z posiadania SG? Bo przyznam, że ja tyle o systemach gospodarczych nie wiem.

Podobnie czytając o państwach neokinder wyobrażałem sobie, jak to JKM przywdział kapelusz z szerokim rondem i wyruszył do krainy dzieci Neostrady, by badać i opisywać mechanizmy działania społeczeństw tych plemiennych ludów :)

Pozdrawiam serdecznie,
(-) Pavel Svoboda, r.s. Received on Thu 23 Apr 2009 - 02:29:44 CEST

This archive was generated by hypermail 2.4.0 : Fri 10 Jan 2020 - 23:10:05 CET