Nie dalej jak minionej jesieni, przy okazji lektury któregoś z rodzimych magazynów literackich, trafiłem na kawałek nieco obscenicznej, choć przecież nie pozbawionej pewnych oczywistych zalet prozy.
Proszę sobie wyobrazić cienką ścianę dzielącą dwie izby. W ścianie znajduje się szczelina. Jest to otwór o objętości mandarynki. Nawet małe domowe zwierzę się nie przeciśnie, chyba że popychane przez zdeterminowanego człowieka, ale i to z uszczerbkiem dla jego (zwierzęcia) zdrowia. Na taką niepozorną dziurę trafia jeden z dwóch głównych bohaterów opowiadania. W kluczowym momencie wspomniany bohater, powodowany sekretnym poruszeniem duszy, a może zwykłą ludzką ciekawością, zaczyna się w tę dziurę uważnie wpatrywać. Przysuwa doń swoją zmęczoną twarz i zastyga w zdumieniu. Wydaje mu się bowiem, że coś zobaczył. Że po drugiej stronie coś drgnęło. Nie wszystko stracone, skoro jest jeszcze jakieś życie, konstatuje rozgorączkowany bohater. Klimat tej prozy najchętniej określiłbym mianem postapokaliptycznego. Tymczasem z drugiej strony istotnie wre jakieś życie. Drugi bohater, mężczyzna, równie jak tamten pozbawiony złudzeń, w tym samym momencie wpycha w ową szczelinę swoje prącie, które w końcu trafia na opór w postaci gałki ocznej tamtego mistyka. Proszę się nie oburzać, takie rzeczy zdarzają się ponoć w każdym społeczeństwie, które oddaliło się od Boga. Finał opowiadania? Pierwszy z bohaterów odchodzi niezadowolony. Nic nie zobaczył, a jeszcze coś mu podrażniło oko. Drugi - w zasadzie też nieukontentowany, w dodatku speszony nieoczekiwanym kontaktem z sąsiadem. Autor tekstu to zapewne bardzo młody człowiek. Powiecie: Boccaccio dla ubogich duchem. Jak wam jednak mówię – epifania.
Tekst nie wart byłby uwagi, gdyby nie ten szczególny fakt, iż dobiegają prace nad systemem gospodarczym. Jak ktoś podliczył: siedem lat ciężkiej roboty. Pan Karol Keane w imieniu czegoś o nazwie Nowal zapytuje uprzejmie, czy istnieje możliwość zintegrowania tegoż Nowalu z nowym systemem. Pan Taheto równie uprzejmie odpowiada, że i owszem; po to właśnie powstał system, żeby można było takie śmiałe operacje przeprowadzać. Jeśli system faktycznie powstanie, będzie to zjawisko wymykające się tzw. ogólnej tendencji. Ogólna tendencja, jak dobrze wiemy, jest smutna. Jest to jednak smutek szczególny, bo znamionujący pewną mądrość starzejącego się organizmu. Tak sobie, na własny użytek, tłumaczę biografie intelektualne niektórych naszych obywateli, cudownie cynicznych i zblazowanych. Bogu dzięki, mamy grafiki Anny Hansen.
Tymczasem komentarze niektórych członków naszej społeczności sugerują, że całe przedsięwzięcie przynieść może dość podejrzane skutki. Innymi słowy, jak w przytoczonej historii, nie opłaci się, mimo dobrych chęci i obiecującego początku. Nawet podział ról wydaje się klarowny. I tym razem wyjdzie nam na gorsze, zdają się sugerować niektórzy koledzy; raz jeszcze wszystko się wydupcy. Nie chce nam się dziś bawić w klikanie w buttony i karmienie wirtualnego tamagotchi. Kto ma dziś jeszcze ochotę zaglądać w podejrzane dziury?
Medgar de Rama zwraca uwagę na ryzyko „uszczuplenia kreatywności”, jako potencjalny efekt rozpanoszenia się wszechwładnego Benebruza. Obawia się, że system sformatuje rodzimych dziwolągów, odbierze im radość z psocenia. Pavel Svoboda, w swym trzeźwym dostojeństwie godnym la Rochefoucauld’a, spodziewa się co najwyżej „rozczarowania, choć – dodaje - niektórzy mogą się nawet rozczarować niskim poziomem emocjonalnym tego rozczarowania”. (Bardzo słuszna myśl). Dla odmiany sympatyczny fantasta Albon sugeruje, że jakaś „klika” wykorzysta okazję, by „zarobić dreamów na czarno”. Zapowiada: będzie kicha! Podejrzewam, że aż tak dobrze jednak nie będzie. Dreamy kraść? Dzisiaj, po dziesięciu latach? Gdy wiadomo już, że wszystko to kał i proch?
W jednym Albon ma rację: Benebruz to zapowiedź nowych wzruszeń. Osobiście podejrzewam, że wszystko rozejdzie się w szwach, zanim zostaną rozdane bilety. Nie uprzedzajmy jednak faktów: mamy system. Jeśli wypali – będzie dobrze. Jeśli nie – też będzie dobrze. Pana Taheho witamy w gronie pozytywnie zakręconych.
Ze stosownymi pozdrowieniami,
Jacques de Brolle
This archive was generated by hypermail 2.4.0 : Fri 10 Jan 2020 - 23:10:05 CET