http://www.sarmacja.org/strona,news,3761#0
Ciekawy tekst, aczkolwiek autorowi do Bismarcka i Depeszy Emskiej daleko, daleko ;)
Może tak w paru zdaniach.
Najpierw najzabawniejsze, czyli "otoczenie się murem przez Dreamland". No
tak, widzimy właśnie ostatnio przykład zamknięcia się na inne kraje -
począwszy od stworzenia poza sojuszem WKE (która, przyznaję i biję się w
piersi, nie działa tak, jak powinna) przez co najmniej bardzo dobre
stosunki z Wandystanem, dobrze rokujący kontakt z obywatelami Gnomii,
powolne normowanie stosunków z Erboką (któremu jestem osobiście
przeciwny,
ale w tym zdanie władz niewątpliwie różni się od mojego), aż po
odnowienie
kontaktu z Solardią. Nie ma co, Dreamland się zamknął, a oznaką tego
zamknięcia jest to, że nie ogranicza się już do jednostronnego ładowania
czasu, pracy i sił w Sojusz.
Co do moich wpływów na Politykę Zagraniczną - nie mam ich. Nie jestem w stanie w żaden sposób kierować naszymi relacjami z partnerami międzynarodowymi, poza pośredniczeniem w rozmowach między osobami, które sam znam :) Vide ostatnia wizyta JXM Tylera - jeśli jest to możliwe ze względu na prywatne kontakty, staram się pomagać, pełniąc funkcję reprezentacyjną.
Reprezentuję - akurat w tej kwestii - poglądy dużej części
Dreamlandczyków. Czy to zbrodnia, że moje poglądy pokrywają się z
poglądami
Rządu, Izby Poselskiej, społeczeństwa? Pragnę zauważyć, że gdyby moje
wpływy były tak wielkie, jak tego chce autor artykułu, dawno mielibyśmy
już
wprowadzone głosy ważone... Które są ciągle, moim zdaniem, sposobem na
uzdrowienie dreamlandzkiego parlamentaryzmu ;)
Dalej, należy zauważyć, że każde działanie na arenie międzynarodowej jest
podyktowane _własnym_ zyskiem. I w tym sensie nie ma znaczenia, czy
Scholandię Sarmacja traktuje jako partnera, czy nie - jeśli wbicie noża w
plecy Scholandczykom przyniesie Księstwu zyski, to Księstwo nie zawaha
się
ani chwili. Akurat to jest zrozumiałe i normalne, niezrozumiałe jest
przyzwolenie Sojuszniczego Królestwa. Tak, można działać na niekorzyść
partnera zagranicznego i nie popaść w absurd.
Moje "porozumienie" z Pavlem Svobodą każdy, kto śledzi historię naszych, khm, spięć politycznych uzna najwyżej za dobry żart :) Cieszę się, że JKW się ze mną zgadza, ale - z całym szacunkiem, Pawle! - jest osobą, która nigdy nie będzie moim stałym partnerem politycznym :)
Wysławianie zalet opozycji w kraju "wrogim" jest zabiegiem doprawdy mało
subtelnym i powszechnym. Przypomina mi się zasłyszana niedawno anegdota o
tym, że "najwybitniejsi Sarmaci mają wandejski paszport" :) Autor chce
uderzyć osobiście we mnie -
cóż,
trudno; radzę poczytać Głos Weblandu, żeby dowiedzieć się, jak pisać, by
wywoływać
emocje. Nie będę się kłócił, kto jest najwybitniejszym Dreamlandczykiem -
z
pewnością nie ja, ale nie uznałbym za niego również Marcusa Estreichera.
W
państwie, które właśnie skończyło 10 lat, nie można wybierać
"najwybitniejszego" z perspektywy roku, dwóch. Marcusie - nie chcę urazić
tą wypowiedzią Ciebie. Po prostu nie podoba mi się, gdy ktoś posługuje
się
nazwiskiem Dreamlandczyka, by Dreamland szkalować i jestem pewien, że Ty
też tego nie chcesz.
Zauważam w ogóle tendencję oceniania tego, co dzieje się w
państwie/obozie
politycznym po aktywności na liście dyskusyjnej. Nie, nie jest to moim
zdaniem tendencja sarmacka; ujawnia się w każdym kraju wśród najmłodszego
pokolenia obywateli. Nie mam zamiaru dyskutować z osobami podchodzącymi
do
v-życia w ten sposób - po prostu się nie zgadzam. Gadanie na LDKD w 80%
służy pochwaleniu się swoimi osiągnięciami, sukcesami oraz populistycznej
gadaninie. Na szczęście, Dreamlandczycy do kwestii publicznej aktywności
odnoszą się zdrowo. Trzeba coś robić, oprócz tego można o tym mówić.
JKM Edwardowi M. Estreicher rzekomo nadał tytuł "Kiepskiego". I co z
tego?
:) W ramach zakładu oferuję się znaleźć w ciągu doby 5 osób, które
obdarzą
Jego Królewską Mość tytułem pozytywnym. Tak to po prostu bywa, że to, co
złośliwe (i ewentualnie w jakiś sposób śmieszne) powtarza się częściej -
od
anegdoty, przez błazeńskie żarty (słynny "KJEP" nad tronem Sobieskiego),
aż
po polityczne docinki. Po niemiecku mówi się na to ponoć "Schadenfreude"
-
człowiek cieszy się, kiedy wyobraża sobie kogoś innego jako ułomnego czy
położonego w gorszej sytuacji. To naturalne :) JKW Artur, z perspektywy
czasu niemal zgodnie nazywany "Wielkim", dla pewnych środowisk
(związanych
z secesją) nadal pozostaje "Tyranem".
"Dreamland się kończy", pisze autor artykułu. Ja odpowiadam - państwo nie może upaść przez politykę zagraniczną inaczej, niż podporządkowując się większemu partnerowi. Każdy może bardzo dobrze funkcjonować bez stosunków międzynarodowych - jest to trudniejsze, kilka rzeczy staje się nieosiągalnych, ale da się. Otwarcie na zagranicę przynosi pewne zyski i wielkie ryzyko; trzeba wiedzieć, z kim i jak rozmawiać. Zmiana kierunku polityki zagranicznej Królestwa nie jest zwiastunem jego upadku, tylko szukania nowej drogi - która byłaby mniej wyboista, szersza i bogatsza w doświadczenia niż dotychczasowa.
Od razu dodam - nie jestem zwolennikiem osłabiania struktur Sojuszu.
Wręcz
przeciwnie - uważam, że stosunki powinny być zaciśnięte w takim stopniu,
jak dotychczas. I dlatego potępiam ostatnie kroki Sojuszniczego
Królestwa.
Pozdrawiam,
książę Alchien
Szara Eminencja
P.S. A co do "poczucia zagrożenia", o którym mówi Ekscelencja von
Lichtenstein-Rozman: nie, nie czujemy się zagrożeni. Przewidujemy po
prostu
zagrożenie (czy, dokładniej - sytuację, w której Dreamland zacznie być
wykorzystywany) na długi czas przed jej pojawieniem się i zapobiegamy -
domagając się uczciwych i stabilnych stosunków. To zawsze lepsze niż
próba
doraźnego zaradzenia kryzysowi. Dreamland jest krajem na tyle stabilnym,
że
może poprawiać, korygować kierunek swojej polityki zagranicznej; i na
tyle
otwartym, elastycznym, że widzi też swoje błędy.
This archive was generated by hypermail 2.4.0 : Fri 10 Jan 2020 - 23:10:04 CET