> Wydaje mi sie, ze idea sojuszy nie tkwi w rozwijaniu i poglebianiu
> stosunkow miedzy stronami sojuszu. Sprawy bilateralne, jak zauwazyles,
> rozwiazuje sie zazwyczaj bez pomocy takich struktur. Sensem Sojuszu
> Dreamlandzko-Scholandziego byly relacje miedzy Sojuszem, a innymi
> panstwami. Wspolnie stanowilismy silniejszy blok, z wiekszym prestizem
> i wieksza sila oddzialywania.
Tylko do czego potrzebna nam ta siła? Tylko po to, by zapobiegać odpływowi obywateli do innych państw (co można łatwo zrobić w ogóle nie angażując się w politykę zagraniczną; wtedy jest nawet chyba łatwiej)?
Chociaż sojusz jest w moim przekonaniu potrzebny (i tutaj się z WKW zgadzam), to widzę go również w kategoriach współpracy wewnętrznej - nawet nie "wymian w galeriach", ale choćby większej aktywności list dyskusyjnych (naturalne, że staramy się angażować w życie polityczne i społeczne sojusznika), wzajemnych radach i konsultacjach (natury prawnej i ustrojowej chociażby), wspólnej prasie i dążeniu do ew. systemu gospodarczego (chociaż to odrębny temat). Nie chodzi o to, by nawiązywać sztuczną, jednorazową wymianę kulturalną, ale by część życia państwa przenieść na wyższą, wspólną dla obu sojuszników płaszczyznę.
W wypadku Scholandii chwilowo tego nie widzę, ale nie przekreślałbym sojuszu z nią. Mimo to Wandystan jest teraz jedynym partnerem, który według mnie spełnia wymogi i sojuszu nastawionego na zewnątrz (model eks-Króla) i sojuszu nastawionego na wewnętrzną współpracę.
Co do Erboki (akurat wpadł mi w ręce mail Marcusa)... Po pierwsze, chyba nadal nie mamy stosunków dyplomatycznych. Po drugie, wątpię, żeby podstawowe konflikty dało się zażegnać, póki na całkowitą emeryturę nie odejdą osoby (z jednej i z drugiej strony, chociaż moim zdaniem winę za obecną sytuację ponoszą przede wszystkim członkowie Erboki), które rzucały błotem i bluzgami w kierunku potencjalnego "sojusznika"; tj. - musimy zaczekać na zmianę o co najmniej jeszcze jedno pokolenie (też po to, by przekonać się, czy Erboka nie zniknie po zmianie pokoleniowej, chociaż sądzę, że nie).
Po trzecie - sojusz z Erboką zdecydowanie nie byłby sojuszem, który miałby znaczenie na arenie międzynarodowej; ze względu na to, że jest to państwo o charakterze mocno... kosmopolitycznym. Żeby sojusz nastawiony "na zewnątrz" liczył się w oczach krajów trzecich, musi być sojuszem państw narodowych, co w rzeczywistości wirtualnej zdefiniowałbym jako "państwo, któremu zależy, by jego obywatele udzielali się tylko w tym państwie". Czyli w praktyce takie, w którym miażdżąca większość udziela się tylko lub w znacznie większej mierze w swojej "pierwszej ojczyznie", od v-urodzenia jest obywatelami tego państwa; są oni grupą niejako uprzywilejowaną przez prawo, stanowiącą podstawowy przedmiot działań władz, a na "kosmopolitów" nałożone są pewne prawne ograniczenia.
Po czwarte - Erboka jest radykalnie innym od nas modelem państwa. Skupionym na swobodnym przepływie obywateli (tak ją postrzegam), na stałym kształtowaniu poczucia więzi przez bieżące inicjatywy, etc. My skupiliśmy się bardziej na stateczności, na budowaniu historii, na porządku trwającym niezależnie od będącego u władzy pokolenia. Zbyt się różnimy.
Ciekawa, nie mówię. Ale szalenie ryzykowna.
> Z bardziej namacalnych korzysci moge wymienic praktyke powolywania
> wspolnych ambasadorow - dzis mamy spory niedobor w kardach,
> przywrocenie tego z pewnoscia by sie przydalo.
Wierz mi, próbowałem przez wszystkie swoje kadencje - największym sukcesem było utrzymywanie przez chwilę jednocześnie czterech aktywnych. Chyba ufunduję Nagrodę Księcia Alchiena dla aktywnych dyplomatów... Albo stypendium, albo co...
> (-) P. Svoboda, r.s.
Pozdrawiam,
książę Alchien
This archive was generated by hypermail 2.4.0 : Fri 10 Jan 2020 - 23:10:04 CET