Re: [dreamland] Aktualna mapa Dreamlandu

From: Edward Krieg <Krieg_usunto_at_poczta.fm>
Date: Tue, 25 Sep 2007 02:49:46 +0200

 Orkiestra, grać! Proszę do tanga i skończmy tą farsę. Albo przenieśmy je w rejony dyskusji sensownych.

 Nie odnoszę się do konkretnych wypowiedzi uczestników dyskusji, bo nie ma to chyba szczególnego sensu, i tak wciąż idzie o to samo, dyskutanci w zasadzie też niezmienni (pomijając może pana Mazowieckiego, który skończył swoją karierę w wątku w związku z moderacją).

 Z mojego punktu widzenia rację mają obie strony - czyli, jak zwykle, w pewnym zakresie racji nie ma nikt. Idzie po prostu o dwa różne podejścia do kwestii związanych z polityką międzynarodową. Oba podejścia są uprawnione. Obie strony sporu mylą się w chwilach, gdy uważają swój punkt widzenia za jedyny słuszny.
 Rozumiem doskonale markiza Estreichera, gdy pisze o alogicznym podejściu dreamlandzkiej dyplomacji do instytucji uznania (Markiz pisze nawet o "wypaczeniu" tej instytucji), gdy Dreamland nie uznaje Erboki dlatego, że nie widzi możliwości prowadzenia z nią ("PROWADZENIA", ja też potrafię używać Caps Locka) polityki zagranicznej. Tak, uznanie tej czy innej organizacji państwowej za państwo wirtualne z pewnego punktu widzenia nie powinno mieć związku z sympatiami czy antypatiami państwa rozstrzygającego kwestię uznania. Uznanie za państwo wirtualne powinno odbywać się na zasadzie sprawdzenia czy organizacja państwowa spełnia kryteria. Jeśli spełnia, to niezależnie od kwestii polityczno-estetycznych taka organizacja winna być uznana za państwo wirtualne. Dla państwowości Erboki nie ma bowiem znaczenia czy Dreamland uznaje ją za państwo czy nie. To podejście logiczne, jak mówiłem, uprawnione, i rozumiem je.

 Z drugiej jednak strony mamy do czynienia z realizacją innej teorii dotyczącej uznania i polityki v-międzynarodowej w ogóle. Markiz Estreicher zapędza się chyba, gdy twierdzi, że z wirtualną dyplomacją należy postępować tak jak z realową. Na pewno zapędza się natomiast, gdy powołuje się na Sąd Królestwa. Sąd Królestwa bowiem, owszem, w swoich orzeczeniach wprost dawał wyraz swemu przekonaniu, że system prawny Królestwa jest wzorowany na systemach realowych i przy jego interpretacji należy stosować wiedzę pozyskaną także ze świata niewirtualnego, ale nigdy nie użył tych sformułowań w przypadku polityki v-międzynarodowej. I, jak sądzę, nigdy nie użyje, ponieważ akurat v-dyplomacja rządzi się innymi prawami. Clausewitz ze swoim "Wojna jest tylko kontynuacją dyplomacji prowadzoną za pomocą innych środków" swe
życie skończyłby w Dreamlandzie zapewne jako trzecioligowy pruski
urzędniczyna w swoim rodzinnym Magdeburgu. W świecie wirtualnym tak naprawdę nie ma możliwości dokonania agresji na inne państwo wirtualne inaczej jak tylko słowami. Owszem, możliwe jest włamanie się na serwer - moja pamięć wyszeptuje mi teraz pewne wspomnienia - ale powiedzmy choć tyle, że jest to niezgodne z prawem realowym i w zasadzie się nie zdarza. Wirtualna dyplomacja nie może być kontynuowana innymi środkami, ponieważ tych środków w zasadzie nie stoi (staropolski zwrot mi się napisał: "tych środków do dyspozycji nie ma").  I właśnie z tego punktu widzenia należy drastycznie przesunąć w dół skalę gestów i czynów w wirtualnej dyplomacji niedopuszczalnych. Skoro niemożliwe jest, że erbokańska czy jakakolwiek inna armia naruszy granice dreamlandzkie, skoro niemożliwe jest dokonanie zbrojnej agresji - to w świecie wirtualnym odpowiednikiem wojny są nieprzyjazne słowa i gesty, to zniechęcanie do pobytu w danym państwie, to czarny PR, wszystko to, co uderza w wizerunek państwa i morale jego obywateli. To też trzeba brać pod uwagę, gdy zajmujemy się przypadkiem organizacji erbokańskiej. Jest to bowiem organizacja państwowa, której przywódcą jest człowiek wyraźnie uprzedzony do Dreamlandu, człowiek, którego nastawienie w stosunku do Królestwa wypada określić po prostu jako agresywne. Sam Markiz zapewne pamięta stosunek władz organizacji erbokańskiej do jego własnej osoby, gdy udzielał się na jej liście dyskusyjnej. Wszyscy pamiętamy zachowanie tego pana w Dreamlandzie.  Nie przekreślam dorobku uczestników organizacji erbokańskiej, wskazuję jedynie, że jej przywódca (co ważne, dysponujący władzą totalną) jest w stosunku do Królestwa nastawiony negatywnie, wykazuje agresję, i rzeczywiście prawdopodobnie nie ma możliwości prowadzenia z nim dialogu.

 Z punktu widzenia Markiza powyższe fakty - których prawdziwości Markiz chyba nie zaprzecza - nie są jednak wystarczającym powodem do odmawiania przez Dreamland organizacji erbokańskiej uznania za państwo wirtualne. Zgodnie z dreamlandzką praktyką Królestwo nie uznaje jednak żadnych organizacji państwowych za państwa w drodze jednostronnego aktu. To się po prostu dotychczas nie zdarzało i diuk d'Archien kontynuuje utrwalony schemat. Uznanie za państwo odbywa się w drodze dwustronnego aktu w postaci traktatu o uznaniu i nawiązaniu stosunków dyplomatycznych. Z formalnego punktu widzenia jest możliwe, by to pierwsze (a więc uznanie) odbyło się jednostronnie, czynność taka wyraża bowiem jedynie wolę państwa oświadczającego; umowa dwustronna jest, co naturalne, konieczna jedynie do nawiązania stosunków dyplomatycznych. Dotychczas jednak takie rozdzielenie uznania i nawiązania (piszę już w skrócie) się nie zdarzało, mimo że tego typu wątpliwości pojawiały się zapewne od początku istnienia wirtualnej dyplomacji.

 Dalej: uznanie organizacji erbokańskiej za państwo wirtualne nie jest
żadną kwestią palącą. Obecny stan nie czyni krzywdy ani nam, ani osobom
uważającym się za Erbokańczyków. Nie jest bowiem tak, że nieuznanie przez Dreamland oznacza, że tzw. "Triumwirat Erboki" nie jest państwem wirtualnym - jedyne, co to oznacza, to to, że Dreamland go za państwo nie uznaje - i już. Nie sądzę, by było tak, że organizacji erbokańskiej koniecznie takie uznanie potrzebne jest do życia. Na pewno natomiast Dreamland nie ponosi strat dlatego, że formalnie nie uważa organizacji erbokańskiej za państwo wirtualne. Powtarzam: "Triumwirat Erboki" nie potrzebuje dreamlandzkiego uznania, by uznawać się za państwo wirtualne - wystarczy ich przekonanie, że tworzą państwo.

 W dyskusji tej, jak pisałem na początku, spotkały się dwie teorie dotyczące polityki międzynarodowej. Obie rozumiem i szanuję. Jestem jednak zwolennikiem koncepcji, zgodnie z którą między innymi nie ma powodu do tego, by czynić jakiekolwiek miłe gesty w stosunku do organizacji państwowych, których przywódcy jawnie agresywnie wypowiadają się o Królestwie. Na pewno zaś nie ma powodu, by uznawać takie państwa, zanim one same o to poproszą - dreamlandzcy dyplomaci nie mają obowiązku pytać władz każdej organizacji państwowej czy zechciałyby zostać przez Dreamland uznane. Dla organizacji erbokańskiej po prostu nie czyni się w tej chwili wyjątku.

 I ostatnia sprawa: nazywanie organizacji erbokańskiej organizacją erbokańską nie jest żadnym "żartem", jak ktoś w dyskusji wcześniej łaskaw był stwierdzić. To, jak tłumaczyłem już kilkukrotnie podczas dyskusji publicznych wcześniej, jedynie stwierdzenie faktu, iż Dreamland formalnie nie uznaje tzw. "Triumwiratu Erboki" za państwo wirtualne, a jedynie za organizację państwową. W żaden sposób nie powinno to nikomu ubliżać. Po prostu - formalność, po prostu - fakt prawny.

 Tyle chyba, mam nadzieję, że mimo później pory i mojego zmęczenia wyraziłem się zrozumiale.

 Pozdrawiam,

 (-) Edward arcyksiążę Krieg, OCO



Tutaj sa Twoi nowi znajomi!
Sprawdz >>> http://link.interia.pl/f1bb7 Received on Mon 24 Sep 2007 - 17:50:15 CEST

This archive was generated by hypermail 2.4.0 : Fri 10 Jan 2020 - 23:10:02 CET