Orkiestra, grać! Proszę do tanga i skończmy tą farsę. Albo przenieśmy je w rejony dyskusji sensownych.
Nie odnoszę się do konkretnych wypowiedzi uczestników dyskusji, bo nie ma to chyba szczególnego sensu, i tak wciąż idzie o to samo, dyskutanci w zasadzie też niezmienni (pomijając może pana Mazowieckiego, który skończył swoją karierę w wątku w związku z moderacją).
Z mojego punktu widzenia rację mają obie strony - czyli, jak zwykle, w
pewnym zakresie racji nie ma nikt. Idzie po prostu o dwa różne podejścia
do kwestii związanych z polityką międzynarodową. Oba podejścia są
uprawnione. Obie strony sporu mylą się w chwilach, gdy uważają swój
punkt widzenia za jedyny słuszny.
Rozumiem doskonale markiza Estreichera, gdy pisze o alogicznym
podejściu dreamlandzkiej dyplomacji do instytucji uznania (Markiz pisze
nawet o "wypaczeniu" tej instytucji), gdy Dreamland nie uznaje Erboki
dlatego, że nie widzi możliwości prowadzenia z nią ("PROWADZENIA", ja
też potrafię używać Caps Locka) polityki zagranicznej. Tak, uznanie tej
czy innej organizacji państwowej za państwo wirtualne z pewnego punktu
widzenia nie powinno mieć związku z sympatiami czy antypatiami państwa
rozstrzygającego kwestię uznania. Uznanie za państwo wirtualne powinno
odbywać się na zasadzie sprawdzenia czy organizacja państwowa spełnia
kryteria. Jeśli spełnia, to niezależnie od kwestii
polityczno-estetycznych taka organizacja winna być uznana za państwo
wirtualne. Dla państwowości Erboki nie ma bowiem znaczenia czy Dreamland
uznaje ją za państwo czy nie. To podejście logiczne, jak mówiłem,
uprawnione, i rozumiem je.
Z drugiej jednak strony mamy do czynienia z realizacją innej teorii
dotyczącej uznania i polityki v-międzynarodowej w ogóle. Markiz
Estreicher zapędza się chyba, gdy twierdzi, że z wirtualną dyplomacją
należy postępować tak jak z realową. Na pewno zapędza się natomiast, gdy
powołuje się na Sąd Królestwa. Sąd Królestwa bowiem, owszem, w swoich
orzeczeniach wprost dawał wyraz swemu przekonaniu, że system prawny
Królestwa jest wzorowany na systemach realowych i przy jego
interpretacji należy stosować wiedzę pozyskaną także ze świata
niewirtualnego, ale nigdy nie użył tych sformułowań w przypadku polityki
v-międzynarodowej. I, jak sądzę, nigdy nie użyje, ponieważ akurat
v-dyplomacja rządzi się innymi prawami. Clausewitz ze swoim "Wojna jest
tylko kontynuacją dyplomacji prowadzoną za pomocą innych środków" swe
życie skończyłby w Dreamlandzie zapewne jako trzecioligowy pruski
urzędniczyna w swoim rodzinnym Magdeburgu. W świecie wirtualnym tak
naprawdę nie ma możliwości dokonania agresji na inne państwo wirtualne
inaczej jak tylko słowami. Owszem, możliwe jest włamanie się na serwer -
moja pamięć wyszeptuje mi teraz pewne wspomnienia - ale powiedzmy choć
tyle, że jest to niezgodne z prawem realowym i w zasadzie się nie
zdarza. Wirtualna dyplomacja nie może być kontynuowana innymi środkami,
ponieważ tych środków w zasadzie nie stoi (staropolski zwrot mi się
napisał: "tych środków do dyspozycji nie ma").
I właśnie z tego punktu widzenia należy drastycznie przesunąć w dół
skalę gestów i czynów w wirtualnej dyplomacji niedopuszczalnych. Skoro
niemożliwe jest, że erbokańska czy jakakolwiek inna armia naruszy
granice dreamlandzkie, skoro niemożliwe jest dokonanie zbrojnej agresji
- to w świecie wirtualnym odpowiednikiem wojny są nieprzyjazne słowa i
gesty, to zniechęcanie do pobytu w danym państwie, to czarny PR,
wszystko to, co uderza w wizerunek państwa i morale jego obywateli. To
też trzeba brać pod uwagę, gdy zajmujemy się przypadkiem organizacji
erbokańskiej. Jest to bowiem organizacja państwowa, której przywódcą
jest człowiek wyraźnie uprzedzony do Dreamlandu, człowiek, którego
nastawienie w stosunku do Królestwa wypada określić po prostu jako
agresywne. Sam Markiz zapewne pamięta stosunek władz organizacji
erbokańskiej do jego własnej osoby, gdy udzielał się na jej liście
dyskusyjnej. Wszyscy pamiętamy zachowanie tego pana w Dreamlandzie.
Nie przekreślam dorobku uczestników organizacji erbokańskiej, wskazuję
jedynie, że jej przywódca (co ważne, dysponujący władzą totalną) jest w
stosunku do Królestwa nastawiony negatywnie, wykazuje agresję, i
rzeczywiście prawdopodobnie nie ma możliwości prowadzenia z nim dialogu.
Z punktu widzenia Markiza powyższe fakty - których prawdziwości Markiz chyba nie zaprzecza - nie są jednak wystarczającym powodem do odmawiania przez Dreamland organizacji erbokańskiej uznania za państwo wirtualne. Zgodnie z dreamlandzką praktyką Królestwo nie uznaje jednak żadnych organizacji państwowych za państwa w drodze jednostronnego aktu. To się po prostu dotychczas nie zdarzało i diuk d'Archien kontynuuje utrwalony schemat. Uznanie za państwo odbywa się w drodze dwustronnego aktu w postaci traktatu o uznaniu i nawiązaniu stosunków dyplomatycznych. Z formalnego punktu widzenia jest możliwe, by to pierwsze (a więc uznanie) odbyło się jednostronnie, czynność taka wyraża bowiem jedynie wolę państwa oświadczającego; umowa dwustronna jest, co naturalne, konieczna jedynie do nawiązania stosunków dyplomatycznych. Dotychczas jednak takie rozdzielenie uznania i nawiązania (piszę już w skrócie) się nie zdarzało, mimo że tego typu wątpliwości pojawiały się zapewne od początku istnienia wirtualnej dyplomacji.
Dalej: uznanie organizacji erbokańskiej za państwo wirtualne nie jest
żadną kwestią palącą. Obecny stan nie czyni krzywdy ani nam, ani osobom
uważającym się za Erbokańczyków. Nie jest bowiem tak, że nieuznanie
przez Dreamland oznacza, że tzw. "Triumwirat Erboki" nie jest państwem
wirtualnym - jedyne, co to oznacza, to to, że Dreamland go za państwo
nie uznaje - i już. Nie sądzę, by było tak, że organizacji erbokańskiej
koniecznie takie uznanie potrzebne jest do życia. Na pewno natomiast
Dreamland nie ponosi strat dlatego, że formalnie nie uważa organizacji
erbokańskiej za państwo wirtualne. Powtarzam: "Triumwirat Erboki" nie
potrzebuje dreamlandzkiego uznania, by uznawać się za państwo wirtualne
- wystarczy ich przekonanie, że tworzą państwo.
W dyskusji tej, jak pisałem na początku, spotkały się dwie teorie dotyczące polityki międzynarodowej. Obie rozumiem i szanuję. Jestem jednak zwolennikiem koncepcji, zgodnie z którą między innymi nie ma powodu do tego, by czynić jakiekolwiek miłe gesty w stosunku do organizacji państwowych, których przywódcy jawnie agresywnie wypowiadają się o Królestwie. Na pewno zaś nie ma powodu, by uznawać takie państwa, zanim one same o to poproszą - dreamlandzcy dyplomaci nie mają obowiązku pytać władz każdej organizacji państwowej czy zechciałyby zostać przez Dreamland uznane. Dla organizacji erbokańskiej po prostu nie czyni się w tej chwili wyjątku.
I ostatnia sprawa: nazywanie organizacji erbokańskiej organizacją erbokańską nie jest żadnym "żartem", jak ktoś w dyskusji wcześniej łaskaw był stwierdzić. To, jak tłumaczyłem już kilkukrotnie podczas dyskusji publicznych wcześniej, jedynie stwierdzenie faktu, iż Dreamland formalnie nie uznaje tzw. "Triumwiratu Erboki" za państwo wirtualne, a jedynie za organizację państwową. W żaden sposób nie powinno to nikomu ubliżać. Po prostu - formalność, po prostu - fakt prawny.
Tyle chyba, mam nadzieję, że mimo później pory i mojego zmęczenia wyraziłem się zrozumiale.
Pozdrawiam,
(-) Edward arcyksiążę Krieg, OCO
This archive was generated by hypermail 2.4.0 : Fri 10 Jan 2020 - 23:10:02 CET