Może ktoś wie kto może być autorem tego pamiętnika?
Pozdrawiam,
gen. Łukasz hrabia Wakowski
Surmalajczyka
Urlop. Wreszcie upragniony urlop. Ostatnie miesiące pracy były straszne, ciągłe spotkania, kilkunastocentymetrowa góra papierów co tydzień. Tyrania, a nie praca. Ale to koniec, przynajmniej na najbliższe dwa tygodnie. A później niech się dzieje co chce, bylebym wypoczął.
Tym razem wybór był ciężki. Gdzie się wybrać? Aby ułatwić wybór, poszedłem do gabinetu po mapę Księstwa . Jak co dzień zwinięta stała w szafie przy oknie i kredensie od babci. "Suurmalan Rohtenaskunna" głosi napis tego pięknego dokumentu. Czasy jej początku były piękne, język surmalajski można było usłyszeć w każdym starszym domu Surmali. Dzisiaj tylko w nielicznych, i to odświętnie. Niestety nawet długie wpatrywanie się w płaską Surmalę nic nie dały. Postanowiłem odpocząć przy kominku. Zbliżała się noc, mędrcy z telewizji zapowiadali ciepłą pogodę, rzeczywistość okazała się zupelnie inna. Siedząc przy rozpalonym kominku wróciłem myślami do dawnych czasów - czasów dzieciństwa. Tak pięknego okresu w moim życiu, a jednak tak odległego.
Przypomniałem sobie podobny wieczór, wtedy też bylem w tym samym pokoju. Jednak nie siedziałem na tym samym fotelu, ja byłem zaraz obok niego - leżałem na ziemi wsłuchując się w każde słowo dziadka. Jak zwykle opowiadał on swojemu wnuczkowi o niezwykłych historiach, swoich podróżach i przede wszystkim o pięknej Surmali. Tamtego wieczoru opowieść dotyczyła wyspy Rivia. Nie dotyczyła ona jednak miasta Orlova, gdyż tą historię doskonale znam - z innego wieczoru.
Już wiedziałem. Mój wybór padł na Rivię.
Rivia jest średnią wyspą o małej liczbie ludności. Mieszka tu zaledwie kilka osób. Poza głównym miastem - Orlovą - znajdują się tam liczne małe osady. Zarówno dawniej, jak i dziś, ludność tej wyspy zajmuje się pasterstwem. Górzysty teren doskonale temu służy. Ciepły klimat również ma ogromne walory dla gospodarki. Zadziwiający jest brak turystów w tym regionie. Choć nie jest to zło, a przeciwnie. Rivia jest pełna miejsc, w które jeszcze nie wbiła pazurów cywilizacja techniczna. Cudownie jest zniknąć na kilka dni z map telefonii komórkowych - tak aby odpocząć od życia - od istnienia w tamtym - zwykłym, rzeczywistym świecie.
Następnego dnia byłem gotów. Zabrałem tylko najpotrzebniejsze rzeczy: śpiwór, prowiant, ubrania. O godzinie 10 wsiadłem do samolotu krajowego przewoźnika - ogólnodreamlandzie linie omijają Rivię z powodu licznych gór. Godzinę później byłem na niewielkim lotnisku oddalonym od Orlovy o 5 kilometrów. Chwilę zajęło negocjowanie ceny z pilotem, który miał mnie przetransportować na północny kraniec Rivii. Idąc na południe w ciągu 10 dni miałem dotrzeć do Orlovy z powrotem. Ostatecznie wszystko udało się załatwić. Lot był krótki, lecieliśmy nisko, więc mogłem dostrzec ogromne połacie łąk i lasów.Widok był piękny - opowieść ze wspomnianego wieczoru z dzieciństwa wróciła przed moje oczy.
Północ Rivii jest miejscem szczególnym. Znajduje się tam wiele małych i mniejszych wysepek. Cała wyspa wygląda jak ruchoma płaszczyzna gubiąca za sobą własne - malutkie - fragmenty własnego końca. Widok ciekawy, kartograf robiący mapę tego obszaru musiał spędzić wiele czasu nad rysunkiem. Ale warto było! Mapa oddaje wspaniałą dokładność rys każdej wysepki. Oczywiście, dzisiaj można to zrobić łatwiej, zdjęcie satelitarne, komputer i już - mamy mapę. A gdzie finezje i magia?
Swój marsz na południe rozpocząłem ok. 12 godziny. Mimo że widok, aż po horyzont był piękny, lasy, szczyty górskie, postanowiłem na wędrówkę poświęcić tylko kilka godzin - później trzeba było znaleźć miejsce na nocleg.
Pierwsze kilometry pochodu nie pozostawiły mnie bez niespodzianek. Po 30 min od wyruszenia dotarłem do niewielkiej rzeki (Tulimaa). Udało mi się przejść prawie nie mocząc spodni - prawie. Po drugiej stronie brzegu odpocząłem sobie leżąc na polanie. Słońce świeciło jak na tamtą porę roku bardzo silnie. Było miło. Jednak opamiętałem się i ruszyłem w dalszą drogę. Idąc na południe, po prawej stronie na horyzoncie widać było piękny szczyt - Kasvot - nazwa oznacza "twarz" a jej źródło należy upatrywać w kształcie góry, która przypomina twarz człowieka. Południowe strony ukazywały tylko krajobraz wyżynny, choć w oddali dostrzec można było góry - zgodnie z moimi przewidywaniami miałem tam dotrzeć pojutrze. Mój szlak nie obejmował zdobywania gór, miałem przed nimi skręcić w prawo - na wschód. W momencie marszu tamta strona ukazywała to samo co południe - oprócz gór - za blisko byłem wschodniego wybrzeża.
Północne krańce Rivii nie są obszarem bardzo zaludnionym. Z opowieści dziadka pamiętałem o starszym mężczyźnie mieszkającym w tym rejonie. Nikt nie wie ile może on mieć lat. Każdy pamiętał go od dawna i zawsze był stary. Ciekaw byłem czy spotkam tego tajemniczego mężczyznę. Ewentualne spotkanie przewidziałem na 3 dzień podróży - chyba, że będę miał opóźnienia, szybszego tempa nie przewiduję.
Około godziny 18 postanowiłem szukać miejsca na nocleg. Nie było trudno znaleźć polanę w pobliżu lasu. Korzystając ze zdolności z dzieciństwa szybko rozpaliłem ognisko oraz przygotowałem mały obóz tylko dla mnie. Kolacja nie była obfita - pieczywo chrupkie firmy Kukkapau zakupione jeszcze przed wyjazdem. Gorąca herbata z małym dodatkiem na ocieplenie ciała przed zimną nocą - zgodnie z tradycją surmalajską. Zaraz po zapadnięciu zmroku zasnąłem.
Zbudziłem się rano, niezwykle rano. Zegarek wskazywał godzinę 7. Skoro natura mnie zbudziła tak wcześnie, to wie co robi. Zjadłem śniadanie, spakowałem wszystko i ruszyłem dalej.
This archive was generated by hypermail 2.4.0 : Fri 10 Jan 2020 - 23:10:01 CET