Pisarstwo ma to do siebie, że prędzej czy później gdzieś trzeba zadebiutować. Trudno o lepsze miejsce do debiutu od Dreamlandu. Po pierwsze jesteśmy tu wszyscy w miarę anonimowi, więc autor może skryć się za swą wirtualną tożsamością i nabrać do swojej pracy dystansu. Po drugie wymagania wydawców są, z oczywistych przyczyn, niewygórowane, więc zadebiutować nie trudno. Po trzecie nasza społeczność jest na tyle niewielka, że publikacja tutaj daje bardzo dużą szansę na odzew ze strony czytelników i a nawet jakąś konstruktywną ocenę.
Czy oceniając prace debiutantów należy obniżać poprzeczkę i stawiać tak zwane piątki "na zachętę"? Z pewnością nie. Autor publikując chce lub powinien chcieć dowiedzieć się, jak odbierają jego pisanie czytelnicy. Gdybyśmy debiutantów obwozili na taryfie ulgowej, oni nie mogliby ufać w szczerość słów swoich recenzentów.
Pewną poprawkę jednak, moim zdaniem, należy brać. Ludzie zaczynający pisać, a zwłaszcza ludzie bardzo młodzi, łatwo mogą zrazić się do pisania odebrawszy nieprzychylną recenzję. Mam nadzieję, że redaktor de Brolle zgodzi się ze mną, że nie chodzi o to, by pisarz piszący nie najlepiej przestał pisać, ale o to, by doskonalił swój warsztat i pisał coraz lepiej. Jeśli pisarz w ogóle nie potrafi znieść krytyki, należy powiedzieć trudno. Jednak jeśli recenzent chce mieć pewność, że zrobił wszystko, by jego pozytywne intencje były odczytane, powinien przede wszystkim wyraźnie zaznaczyć, że krytykuje tekst, a nie autora.
I już na tym etapie można tekstowi z Głosu Weblandu zarzucić, że posunął się za daleko. Jeszcze nie jakoś rażąco - nie ma bezpośrednich ataków w kierunku autorki - ale pewna ogólna wymowa artykułu rzeczywiście może być zniechęcająca. "Pani de Willibald przezwyciężyła analfabetyzm, tyle powiedzieć możemy."
Dalej: czego tak naprawdę po leturze GW może się dowiedzieć Pani de Willibald o swoim opowiadaniu? Albo dodam: czego może się dowiedzieć potencjalny czytelnik pani de Willibald, bo zaraz redakcja odpowie, że nie pisze recenzji dla autorów, tylko dla czytelników. No, niestety nie wiele. Najpierw mamy soczystą krytykę gatunku jako takiego zakończoną konkluzją, że w "Kartkach z kalendarza" brak narracji. Z następnego pokaźnego akapitu można wywnioskować, że dialogi kuleją ("bezładny potok banalnych komunikatów"), dialogów jest zbyt dużo ("konstrukcyjnie mamy do czynienia z dialogiem" - to zdaje się pokrywać z opinią o braku narracji), a postaci są nienaturalne ("gadające słupy soli, gorzej nawet").
Po tym zestawie dość ogólnych, ale niestety jedynych w recenzji uwag odnośnie zawartości tekstu, otrzymujemy dogłębne streszczenie całego tekstu od początku do końca (notabene główna bohaterka opowiadania chyba ma inaczej na imię).
A na zakończenie znów komentarz, że opowiadanie to "jeden wielki kocioł, w którym żaden ze szczegółów nie ma znaczenia". I tu już przyznam, że poczułem się skołowany. Pominę już fakt, że trudno oceniać znaczenie poszczególnych szczegółów dla fabuły, gdy nie zna się tekstu w całości (Z "Kartek z kalendarza" opublikowano dotąd tylko trzy rozdziały) - zwłaszczy, gdy mamy do czynienia z opowieścią sensacyjną, czy jak sądzi redaktor GW, kryminalną. Nawet bez tego mamy tu pewną sprzeczność - przed chwilą autor recenzji z dumą pochwalił się nam, że znalazł w opowiadaniu fabułę i potrafi ją dosyć szczegółowo streścić - a tu nagle stwierdza, że całość ogólnie nie trzyma się kupy i poszczególne elementy do siebie nie pasują. Przy takim paradoksie, pozostaje tylko tę ostanią opinię wrzucić między owe słynne "ironie, hiperbole i groteski", a jednocześnie należy ją wyłączyć z rzeczowej oceny tekstu pani Fabioli. Nie wiem, jak to jest w Weblandzie, ale tam, skąd ja pochodzę, publicyści w recenzjach oceniają cudzą twórczość, a nie chwalą się swoją własną.
Jak na recenzję, zdecydowanie zabrakło tutaj pracy z samym tekstem. Właściwie ten artykuł GW mógłby zachować sobie na później i drukować za każdym razem, gdy jakiś pisarz dreamlandzki coś napisze - wystarczy zmienić nazwisko autora i w miejsce akapitu, gdzie jest streszczenie "Kartek z kalendarza" podrzucić streszczenie nowego omawianego tekstu. Tymczasem brak odniesień do omawianego tekstu nie tylko obniża wymierną wartość recenzji, ale też ma prawo potęgować owo wrażenie, że piszący ją redaktor bardziej ma ochotę rozprawić się z autorką, niż z jej pracą. Chciałoby się złośliwie zacytować "Mało. Za mało."
Na koniec trzy słowa o samych "Kartkach z kalendarza". Nie mogę powiedzieć
za redaktorem de Brollem, że to najsłabsza rzecz, jaką czytałem w
Dreamlandzie. Przychodzi mi na myśl choćby debiutancki tekst samego Edwarda
Kriega do dziś w tajemnicy przechowywany przez anonimową bibliotekę (wraz z
raportami o licznych próbach zniszczenia tego dokumentu przez
niezidentyfikowanych sprawców - szczęśliwie nieudanych ;-)). "Kartki z
kalendarza" muszę po prostu ocenić wyżej, a wystarczy tylko spojrzeć co dziś
wyrosło nam z naszego Kriega. Jego dzieła są "monumentalne", "z pasją" i
"apelują do zmysłu naszego moralnego" :-) Można więc śmiało powiedzieć, że
na panią de Willibald miejsce w panteonie sław dreamlandzkiej literatury
zdecydowanie czeka - wystarczy utrzymać dobry kurs. Co się zaś tyczy samych
"Kartek", rzeczywiście widać pewne niedoróbki. Zwłaszcza zwróciłbym uwagę na
miejscami widoczny pewien brak konsekwencji. Zgrzyta trochę, gdy w pewnym
momencie bohaterka zdaje się wdawać w dialog z narratorem "Z jego oczu biło
współczucie.
- Proszę nie udawać, że pan wie, co czuję.(...) - warknęła Katarina". Może
trochę zdziwić zdanie typu "Czy ojciec spisywał swoją biografię? Malarze to
ponoć ekscentrycy i egoiści." Są miejsca, gdzie tekst dokonuje jakichś
sporych przeskoków. Na przykład policjanci zdają się bardzo dużo wiedzieć o
zmarłym malarzu, który nie szukał rozgłosu, a czasem wręcz wspominają
rzeczy, o które wcześniej sami wypytywali. Razi miejscami, zwłaszcza w
ostatnim rozdziale, że dialogi są wykorzystywane do opowiedzenia
czytelnikowi co się dzieje - czyli zastępują narrację. Złoczyńca nie
opowiada przecież swojej ofierze co przed chwilą robił i jak na coś wpadł,
bo nie powinno go obchodzić, czy ofiara to wie - on to opowiada czytelnikowi
i znów wychodzi w nienaturalny sposób poza ramy swojego świata. Tyle tytułem
uwag. Tekst czyta się jednak gładko i z chęcią poznam kolejne odcinki (mam
nadzieję, że coraz lepsze).
> Jacques de Brolle
Z poważaniem,
Paweł, R.
Received on Fri 03 Mar 2006 - 03:18:07 CET
This archive was generated by hypermail 2.4.0 : Fri 10 Jan 2020 - 23:09:59 CET